Archiwum Magazynu WINO
Felietony
Notatki spod korka
Chwalebne neurozy
25-08-2009
Marek Bieńczyk
drukuj
Zachwyciłem się, ale Wojtek z wrogich mi pozycji powiedział: – Neuroza. Nie masz wrażenia, że facet męczy nas tak swoimi neurozami i męczyć będzie do końca życia? Bardzo dobrze powiedziane, przyznaję. Ale trudno, kiedyś w psychologii ukuto termin „stres pozytywny”, więc czemu w winiarstwie mamy nie mówić o „chwalebnej neurozie”?
A rzecz w tym, że na degustacji win z południa Francji podałem niedawno Muntadę 2004 – czyli flagowe wino nieprzekupnego biodynamika, Robespierre’a wśród biodynamików, Gérarda Gauby’ego z Roussillon. Kiedyś słynne, okrzyczane i bardzo drogie, jeszcze dziś w sklepach francuskich kosztuje 80 euro.
Nerwy i prawda
Piłem każdy rocznik tego wina, każdy był inny. Pierwsze były potężne i alkoholowe, kolejne coraz mniej. W 2004 nowy rekord: ledwie 12,5%. W Roussillon! 12,5% w sztandarowym winie z najgorętszego miejsca we Francji! Czy okupione niedojrzałością w ustach? Bynajmniej, nic takiego nie wyczułem – mnóstwo czystego owocu i, owszem, bardzo wysokiej, ale soczystej kwasowości. Wino w kontekście miejsca pochodzenia, a może i samo w sobie, kompletnie zbijające z tropu. Przypominające jakiegoś (wielkiego) burgunda, i to delikatnej maści, coś z Chambolle-Musigny. Nie dla wszystkich uczestników spotkania, ale dla mnie w swej głębokiej, choć zarazem cichej, nieofensywnej ekspresji, wspaniałe. Sporo krytyków miało Gauby’emu za złe zmianę stylu kilka lat temu. Ale ten 2004 jest znowu zmieniony wobec tamtych, już zmienionych Muntad. Ciągły niepokój, neuroza, jak mówi Wojtek, rzuca nim jak wściekłym kotem; neuroza, czyli poszukiwanie prawdy, mówię Wojtkowi cokolwiek romantycznie i lirycznie.
Sic transit gloria mundi
Tak mija chwała świata. Któregoś dnia trzeba było to zrobić, wywalić wszystkie Wine Spectatory na śmietnik. W domu się już irytowali, chcieli gdzieś nowy fotel wstawić, a i ja patrzyłem z niejasnym poczuciem niepokoju na te słupy papieru poświęcone restauracjom, barom, serom i od czasu do czasu winom (on Wine Spectator’s 100-point scale). Już kiedyś pisałem, co sądzę o tym piśmie, ale – jak się okazuje – znowu nadarzyła się sposobność przyłożyć mu z gruchy, wyżyć się neurotycznie. Pewnie już po raz ostatni, bo siedzę teraz w nowym fotelu i nie mam już w domu żadnego numeru Wielkiej Sromoty.
Przeglądałem więc na pożegnanie kolejne roczniki, wpatrywałem się w kolumny punktów, w wina roku i różne highly recommended, gdy dotarłem wreszcie do sławetnego numeru o roczniku 1997 w Toskanii. Uśmiechnięta gęba Jamesa Sucklinga, tak, ta sama wesoła mordziuchna co w Mondovino cieszącą się, że tak wspaniale wypromowała wina toskańskie. Największy rocznik w dziejach, 99 punktów, ludzie, bogowie, kosmici, nie uwierzycie, 99 punktów w 100-punktowej skali Wine Spectatora! Takie wina! 98 punktów! 97 punktów! i tamto dziadowskie, tylko 95!
Kombatanci roku 1999 pamiętają bieganiny po warszawskich sklepach, wyciąganie z Centrum Wina supertoskanów po jednej butelce, bo więcej nie dawali. Było, minęło, o butelkach się zapomniało, Magazyn WINO się założyło, zajęło się pinotami z Adygi, fer servadou spod Pirenejów i czym tam jeszcze. Patrzę więc na zdjęcia i patrzę – dawno niewidziane etykietki, przecież gdzieś coś jeszcze mam i kumple mają, na co czekać?
Zebrało się trzy butelki i się otworzyło. I co? Umarł w butach, towarzysze. 98, 97, 95 punktów umarło w butach. Solengo 1997 – mniej niż zero. Tignanello 1997 – kaszaneczka. Guado al Tasso 1997 – trupek blady. A bardziej szczegółowo: Solengo wysuszone i do wylania. Tignanello i Guado al Tasso – dogorywające moribundy, do picia, ale po co? Suche garbniki, beczka nie wtopiona, chwilami się jeszcze budziły i walczyły o życie, chwilami ta czy inna nuta wyrywała się z trumny i mamiła nozdrza, jakieś resztki aromatów, nawet ładnych, jakieś smaki wracały, by po chwili znowu zniknąć. Tak czy owak żadnej istotnej przyjemności.
Gdzie błąd? Źle przechowywane? Za Solengo nie ręczę, ale pozostałe dwie w idealnych warunkach. Za późno otworzone? Zapewne. Byłoby wielkie w 2004? Wątpię; suche i beczkowe na starość nie będzie całkiem niesuche i niebeczkowe w kwiecie wieku. Solengo pite w 2002 było jedną wielką beczką. I co to za wino – wielkie wino, na 98 punktów – które nie może dekady przeżyć? Czy doprawdy ta miara, 10 lat, to za duże dla wielkiego wina wymagania?
Nie, nie chcę tak od razu bić we wszystkie supertoskany czy wręcz w całą Toskanię. Tignanello, Guado al Tasso zawsze były słabsze od Sassicai (stare roczniki wciąż się trzymają), Ornellai czy Cepparello. Solai 1997 drugi raz jeszcze nie piłem. Klasyczne wina toskańskie, Brunello z 1997, jak dotąd mnie nie rozczarowały i trzymają się nadal dobrze. Chciałbym tylko zedrzeć uśmiech z twarzy Jamesa Sucklinga i wyrzucić go z całą stertą Wielkiej Sromoty. Nie dlatego, że się mylił – jak zdarza się każdemu z nas – w ocenie. Dlatego, że robił to z premedytacją.
Kiepski przykład z olszówkami
Nie mogę nie wspomnieć przy tej okazji z rodzajem delectatio morosis, że pite w ostatnich miesiącach niezbyt wyszukane medoki z kiepskiego rocznika 1997 (i nawet Cahors, które odkryłem gdzieś za szafą) całkiem dobrze sobie z czasem poradziły. Wciągało się je bez euforii, ale miło, choć czasem zrażał w nim aromat zwierzątka. Co naprowadza mnie na temat brett. Raz jeszcze, gdyż niedawno o tym pisałem. Wywołałem nawet jakieś echa, krótką dyskusję na Magazynwino.pl, w której miły czytelnik wziął bretta – jako twórcę również korzystnych aromatów – w częściową obronę. Podczas jednego z ostatnich paneli degustacyjnych w redakcji (sprzedaję za darmo tajemnicę) jedno wino zyskało ocenę bardzo dobrą, lecz dla mnie, ze względu na brett, było nie do picia. Tomek nie bez racji zauważył, że mam nowego konika czy też nową neurozę. Wiadomo, że tolerancja na brett jest u każdego inna, ale wiadomo też, że problem, wcześniej mało dyskutowany (w Magazynie WINO pisał o nim wyczerpująco Andrzej Daszkiewicz), dziś stał się pierwszoplanowy. Nie dlatego, że bretta jest nagle więcej niż było, lecz dlatego że – taki duch czasów, taka ewolucja smaku – nagle zaczął jakby bardziej przeszkadzać. Podczas wizyty w Warszawie czołowy winemaker nowozelandzki Matt Thompson powiedział mi: Gdzie jak gdzie, ale w pinot noir bretta nie akceptuję w najmniejszym stopniu; przy innych odmianach dopuszczam jego niski poziom. Powtórzył to w ciekawym artykule, który ukazał się pół roku temu w Decanterze. Denis Dubourdieu, czołowy z kolei enolog bordoski, mówi, że „aby mieć bordeaux bez bretta, musielibyśmy radykalnie zmienić sposób, w jaki bordeaux wytwarzamy”. Wiadomo, że z odmianami bordoskimi, zwłaszcza zaś cabernet sauvignon, brett jest bardzo mocno związany, wręcz współtworzy jego smakową paletę. Ale – dodaje Dubourdieu – dziś w Bordeaux brett uznawany jest wprost za skazę i plagę. Pamiętam, jak za mego dzieciństwa wszyscy wcinali grzyby olszówki i jakoś się żyło. Teraz nikt ich nie weźmie do ust. No, nienajlepsza to analogia, lecz może i moja (oraz częściowo Matta Thompsona) neuroza jutro stanie się normą?
Tekst ukazał się w numerze 38 (2/2009)