Archiwum Magazynu WINO
Felietony
Wina Ewy
Więcej wina!
28-11-2009
drukuj
Ewa Wieleżyńska
Nie ma rady, gender sięgnął w końcu po wino. Rzecz nie w tym, że niesłusznie – wszak jak wiele innych dziedzin, branża winiarska zdominowana jest przez mężczyzn. Problem w tym, że większość językowych prób wyrwania wina z kulturowych stereotypów, na ogół stereotypy te utrwala.
Minęły czasy, kiedy kobiet w winiarstwie nie było, a szczytne wyjątki stanowiły wyłącznie wdowy. Dziś kobiety w tym biznesie nadal są co prawda w (rosnącej) mniejszości, znacząco zmieniło się jednak to, że rynek i reklama bardzo je polubiły. Marketta Fourmaux, właścicielka winnicy w Kalifornii, opowiada, że kiedy przyjechała do Stanów w latach 1980. i zaczęła robić wino (w jej rodzinnej Francji było to wówczas niemożliwe), wielu mężczyzn kwitowało sprawę stwierdzeniem: „To wino mnie nie interesuje. Robiła je kobieta”. Dziś wszyscy zgodnym chórem, zanim jeszcze się napiją, wykrzykują: „Uwielbiamy cię! Uwielbiamy twoje wina! Chcemy cię! Chcemy Château Potelle! Chcemy wiedzieć o tobie więcej!”. Trudno nie zauważyć beznadziejności tej sytuacji: w żadnym z wypadków nie chodzi tutaj o wino.
Popularność winemakerek na rynku amerykańskim ugruntowały przeprowadzone kilka lat temu badania statystyczne. Z zaskoczeniem odkryto, że kobiety stanowią 55 proc. konsumentów wina. Z badań tych wyciągnięto wnioski i nastał prawdziwy boom na pisanie o winie skierowane do kobiet. Jak grzyby po deszczu pojawiły się książki o wymownych tytułach: „Wine for Women”, „Women of the Vine”, „Women of Wine”… Cztery lata temu powstał też dwumiesięcznik Wine Adventure, którego założeniem było pisać o winie w sposób przystępny. Specjaliści od PR poradzili wydawcom czasopisma, by zaadresowali je do kobiet. I choć chylę czoła przed geniuszem marketingowców, gdyż istotnie wpłynęli na sprzedawalność magazynu, a pośrednio przyczynili się pewnie do zwiększenia popularności wina wśród Amerykanek, dla mnie jako emocjonującej się winem przedstawicielki płci kobiecej, profil Wine Adventure jest wkurzający. By nie powiedzieć: uwłaczający.
Zgodzę się wprawdzie z jego założycielką Michele Ostrove, która twierdzi, że kobiet nie interesują zbytnio notki degustacyjne i punktacje. Nie znam kobiet, które pijąc wieczorem z ukochanym lub w innym dobrym towarzystwie, wyciągną kajety i sporządzą notatki. Mężczyzn owszem. Zgodzę się, że wino dla kobiet nie stanowi trofeum. Wiem, że w swoich wyborach zakupowych kobiety częściej niż mężczyźni kierują się radami przyjaciół i własnymi upodobaniami niż klasyfikacjami przewodników. Prawdą jest również, że dla kobiet w winie istotny jest kontekst. Jednak zupełnie inaczej od Ostrove pojęcie to rozumiem. Porady w rodzaju: bezpretensjonalne wino na spotkanie z przyjaciółką, orzeźwiające na plażę, doskonałe na chandrę – nie są dla mnie umiejscowieniem w kontekście, o winie mówią mi niewiele i wieje od nich nudą dużo większą niż od degustacyjnych notek. Kobiety, co zdaje się twórcom Wine Adventure umykać, lubią przeczytać dobrze opowiedzianą historię, która osadza wino w kontekście regionu, tradycji, anegdoty i, last but not least, osoby, która je zrobiła. Takich historii na próżno szukać w pierwszym winiarskim magazynie dla kobiet. Za to w kolumnie „The Sensual Side” możemy zapoznać się ze sposobami uwodzenia mężczyzn przy pomocy wina. Zaś w rubryce „Girls Night In”, przedstawianej jako innowacyjna, gdyż nie tylko łączy wino z potrawami, ale daje też wskazania co do filmów, które świetnie nam się wkomponują, znajdziemy na przykład sugestię, by Casablankę połączyć z „Casbah Carrot Soup” i chenin blanc. Śmiem podejrzewać, że głównym powodem jest miła dla ucha, niefrasobliwa aliteracja – blanka, blanc: łatwiej się zapamięta. I zupa Casbah – poza igraszką słowną, mamy tu ukrytą lekcję architektury: dowiemy się, co to kazba i wzrośnie nam apetyt na wyjazd do Maroka. Życie, jak głosi motto magazynu, jest odyseją smaku.
W tej stylistyce poradniczej nie ma rzecz jasna nic złego, ma ona swoją rację bytu i znajduje wdzięcznych odbiorców od zarania kolorowych magazynów. Nie byłoby więc o co kruszyć kopii, gdyby nie próbowano nas przekonać, że dokonuje się tutaj przełom i nie wmawiano nam, że ten zdziecinniały, przesłodzony język jest specyficznie kobiecy. Dlaczego kobieta ma być synonimem przeciętnego, niezbyt wykształconego i konsumpcyjnie nastawionego do życia klienta? Dlaczego Leslie Sbrocco w książce Wine for Women omawiając poszczególne szczepy, porównuje je do części damskiej garderoby? Dowiadujemy się między innymi, że chardonnay to nasza mała czarna, pinot grigio – wygodne dżinsy, syrah – seksowny czerwony dodatek, a sangiovese – para włoskich szpilek. I jakby tego jeszcze było mało, tłumacząc, że lekkie wina należy łączyć z lekkimi daniami, a ciężkie z ciężkimi, autorka podpowiada, że to tak jak bawełniana koszulka z lnianymi spodniami, a sweter ze skórzanymi. Wyłuszczając zaś proces winifikacji, proponuje, byśmy najpierw wyobraziły sobie winogrono, które ma na imię Brut i się opala.
Ze wszystkich tych pism, pretendujących do tworzenia nowego języka, wyłania się portret konsumentek wina, który najlepiej oddadzą słowa forumowicza Gazety Wyborczej: „nic tylko walą kasę na najmodniejsze ciuszki i super wakacje, cwane, szczują tyłkiem na prawo i lewo, by poderwać faceta, głupie, durne totalnie, nie myślące o życiu w dłuższej perspektywie niż droga do biura podróży czy solarium”.
Nie chcę tu zgrywać dziewicy, która podróży nie lubi, solarium się nie skaziła, o ubraniach nie myśli i nigdy w życiu nie sięga po kolorową prasę. Co innego jednak czyta się u fryzjera i manikiurzystki, a co innego w domu, gdy człowiek chce się czegoś dowiedzieć o winie. Moja złość wynika zresztą z rozczarowania, widzę bowiem konieczność poszerzenia winiarskiej krytyki. Zwłaszcza w Polsce, gdzie sfera ta jest jeszcze bardziej domeną mężczyzn niż gdzie indziej. I gdzie nazbyt często wiedzę o winie przedstawia się jako „wiedzę dla lwów salonowych, niezbędną, by zrobić wrażenie konesera w towarzystwie”. Jak długo nie pozbędziemy się – tak kobiety, jak i mężczyźni – mentalności aspiracyjnej, tak długo nie będziemy mówić o winie, a zupełnie o czymś innym. A przyjemność z tego wszystkiego będzie nikła.
Tekst ukazał się w numerze 39 (3/2009)