Monografie
Odmiany winorośli
Riesling
Artykuły - Riesling
Riesling mon amour
10-12-2008
Wojciech Bońkowski
Riesling mon amour
Jest przedmiotem uwielbienia chyba wszystkich poważnie zakręconych winomanów. W świetle nienaukowych badań stanowi od 30 do 70 proc. prywatnych piwniczek i 60 proc. win białych otwieranych przy nadzwyczajnych okazjach. Szeroka publiczność wedle stereotypu go nie rozumie i za nim nie tęskni, ale nie znam nikogo, kto oparłby się kabinettowi Fritza Haaga czy smaragdowi z Kellerbergu F. X. Pichlera. Nie da się go niczym zastąpić, bo ideał jest tylko jeden.

Winnice Stein powyżej Menu w Wuerzburgu, Frankonia. | fot. TPB
Nie ma na świecie odmiany, która w równym stopniu przekazywałaby niuanse terroir. Nie pinot noir, czuły na wariacje burgundzkiego koktajlu gliniasto-wapiennego, ale ponoszący różnych rozmiarów klęski na innych glebach, a do tego jakże uwarunkowany stylem winifikacji. Nie chardonnay, który do wad pinot noir dodaje ciężkie grzechy popełnione w Nowym Świecie i na południu Europy. Nie grüner veltliner czy silvaner, które potrafią niekiedy zachwycić mineralną nutą, ale gdy pije się wina z tej samej parceli, zawsze wydają się wyblakłą imitacją Króla. Nie nebbiolo, który w dobrych rocznikach i spod mądrej ręki zlokalizuje się precyzyjniej niż szpiegowski satelita, ale w słabszych smakuje jak owocowa polewka. Za to różnica między Królem z czerwonych łupków w Ürziger Würzgarten i niebieskich z leżącej 150 m na wschód Erdener Prälat jest taka, jak pomiędzy chardonnay z Langwedocji i Tajlandii.
Nie ma na świecie szczepu, który dawałby bardziej fascynujące, pamiętane przez lata bukiety. W jego repertuarze jest więcej kwiatów niż w atlasie botanicznym i więcej owoców niż na dalekowschodnim targu. Nie dorówna mu złożonością jednowymiarowy chardonnay, który ciekawsze bukiety rozwija dopiero po dziesiątych urodzinach, ani ciężkawy, ze skłonnością wręcz do chamstwa pinot gris; nie dorównają subtelnością gewürztraminer, viognier i inne fiano, uroczo dające w twarz, z którymi nie da się jednak o niczym porozmawiać.
Nie ma odmiany bardziej elastycznej, gotowej dawać wina intrygujące, życiodajne od poziomu mozelskiego QbA czy naddunajskiego federspiela po mocarne alzackie grands crus, od wytrawnego jak morska sól „ryniaka” z Mikulowa aż po 400-gramowe TBA Egona Müllera; nie ma szczepu czującego się równie dobrze przy 6, 9, 12 i 13,5% alkoholu, z winogronami zielonymi, podsuszonymi, zmrożonymi, zbrązowiałymi od trzymiesięcznego romansu ze szlachetną pleśnią; pod zakrętką w australijskim Clare, szklanym czopkiem w wiedeńskim wine barze, 55-milimetrowym korkiem na aukcji najwspanialszych win słodkich w Trewirze.
Nie ma na świecie odmiany dającej wina bardziej długowieczne, zadziwiające cztery miesiące po zbiorach i po czterdziestu latach w butelce. Nie dorównują mu dostające zadyszki po dekadzie puligny i meursaulty, kapryśne białe châteauneufy, kwaśne za młodu jak diabli białasy z La Rioja, równie nudne w dzieciństwie i na emeryturze beczkowe pessaki, kontrowersyjne loarskie cheniny; furmint, jeśli za naszego życia osiągnie ten panteon długowieczności, zrobi to tylko poprzez upodobnienie się do Króla. Rzadko mogą iść z nim w prawdziwe szranki nawet wina-dziwadła na drożdżowym dopingu – szampany, vin jaune i wytrawne sherry, bo czas jest dla nich lekarstwem na chorobę niepijalności, a nie sceną, gdzie od młodości mogą błyszczeć jak operowe primadonny.
Nie ma na świecie wina, które oferowałoby nam, uświadomionym winomanom początku III tysiąclecia, lepszy stosunek jakości do ceny, którego codzienne wersje powstawałyby w milionach hektolitrów na obszarze większym niż dwie Polski za 5 euro butelka, a najwyższe terroirystyczne wcielenia z niepowtarzalną ekspresją minerału dostać by można za 20.
Nie ma innego wina, do którego wracałbym tak chętnie, bo nie ma wina bardziej pijalnego i strawnego niż mozelski kabinett i nie ma wina mocniej chwytającego za gardło, niż Clos Saint-Urbain Zind-Humbrechta; żadne inne wino na tym świecie nie przekazuje nam w tak dobitny sposób mineralnej prawdy o ziemi, która stanowi tę drugą, prawdziwszą stronę winiarskiej rzeczywistości. Nie ma w świecie wina rzeczy bardziej elektryzującej niż kwasowość dobrego rocznika znad Saary i bardziej budzącej podziw niż stary rocznik mozelskiego Auslese. Niech długo nam panuje Król Riesling!