Archiwum Magazynu WINO Felietony Notatki spod korka


Skazani na hecę

03-02-2009

Marek Bieńczyk



fot. Mariusz Kapczyński
„Niewątpliwie lubię dobre wino, ale nie robię z tego powodu jakiejś większej hecy. Jest takie czerwone wino stołowe, valpolicella, które lubię pić zarówno w Austrii, jak i tutaj. Znosi transport znacznie lepiej niż chianti, które tutaj zawsze smakuje jak czerwony atrament”, opowiadał w rozmowie z Michealem Newmanem jeden z najwybitniejszych poetów angloamerykańskich, W. H. Auden. Zostawmy z boku kwestię przewozu i smaku chianti, wystarczy, że spada nam na głowę to miłe określenie „nie robić jakiejś większej hecy”. Ten, kto się nie czuje winny, niech nie czyta dalej tego tekstu, wszystkich pozostałych, to znaczy tych, którzy hecę czynią, poniższe słowa będą dotyczyć.

 

 


Nie ma bowiem rady, my, miłośnicy wina, cholerne czubki, pieprzeni winomani, skazaliśmy się na hecę. Choć idziemy do sklepu po cebulę, nie powstrzymamy się, by nie przejść obok regału z winami. Choć w Paryżu jest wspaniała wystawa fowistów czy Szkoły z Barbizon, pierwsze kroki skierujemy do ulubionego kawisty. Choć idziemy na spacer z miłą sercu osobą, skręcimy, ot tak, przypadkowo, na ulicę, gdzie jest jakiś sklep z winami; może się uda wejść do środka lub chociaż rzucić okiem na witrynę. Udajemy się w Barcelonie czy innym Rzymie do księgarni niby to zobaczyć nowości literackie czy filozoficzne, a i tak wychodzimy z przewodnikiem winiarskim Peñina czy Gambero Rosso pod pachą. Gdy przechodzimy obok stolików, przy których ludzie jedzą obiad czy kolację, nie odpuścimy i rzucimy kątem oka na butelkę, którą zamówili (fajna jest czy niefajna, cieniaki są czy się znają, dobrze wybrali czy głupio). Gdy lecimy samolotem, choćbyśmy wina do posiłku nie brali, i tak będziemy zapuszczać żurawia na wózek z winami; cóż tam dzisiaj mają, cholernego merlota z Chile czy cholerne tempranillo z La Manchy? Gdy zapraszają nas do restauracji, wyciągamy zeszyty czy inne notebooki i kładziemy przy kieliszku z niewinną miną, bo my już tak po prostu mamy. Gdy wybija północ w Sylwestra, miast całować się z kim popadnie i życzyć sobie tego, co zawsze, zapisujemy notkę degustacyjną z szampana.

Ten ostatni przykład wydaje się nieco przesadzony? Mogę opowiedzieć, jak parę lat temu na Sylwestrze w moim domu mój przyjaciel i serdeczny kompan zawodowy Wojtek B., gdy reszta się nurzała w konfetti wraz z dwunastym uderzeniem kuranta, zapisywał w kajeciku wrażenia z rozlewanego właśnie Deutza. Mówiłem: daj spokój, Wojtuś, kuranty biją, lecz przecież Deutz miał coś istotnego w bukiecie albo w ustach. Wtedy nie miałem okazji, więc dzisiaj życzę mu z pewnym opóźnieniem wszystkiego najlepszego.

Przykłady można by mnożyć, każdy robi hecę na swój własny sposób. Wiadomo, że już nie bardzo jest o czym z nami rozmawiać; czasami naiwni zewnętrzni próbują o jakimś filmie albo, co gorsza, o książce, ale nie bardzo wychodzi. Zbieram się od lat razem z innymi towarzyszami od hecy, w końcu spod ogona sroki analfabetki nie wypadliśmy, jest i doktor muzykolog italianista, jest i geograf urbanista, jest dwóch filozofów, pojawi się i doktor matematyki, i dziennikarz, ja też czytać umiem, Audena nawet kupiłem, lecz niezmiennie jeden powraca temat rozmów, i nie jest to wpływ koncepcji podmiotu u Fichtego na twórczość Leopardiego ani kwestia wejścia Turcji do Europy.

Co w nas widzą jeszcze kobiety, doprawdy trudno pojąć i powiedzieć, ale gorsze jest inne pytanie: co my jeszcze widzimy w kobietach, skoro to nie w nich znajduje się odpowiedź na – na przykład – pytanie o ilość syrah w Muntadzie Gauby’ego czy o domniemaną wyższość kadzi na beczką w winifikacji win z Santorini.

W. H. Auden lubi dobre wino, ale hecy nie robi. To znaczy wie, co pije, ale bez przesady, może być takie, może być inne, o co krzesła łamać i po co robić wielkie mecyje? Właśnie, po co? Na tak wspaniale postawione pytanie nie mam odpowiedzi. Parę tygodni temu zdarzyło mi się pójść z Andrzejem i Sławkiem (była też Ania) do arabskiego baru na francuskim targu. Podali do kuskusu wino w dzbanku. W życiu nie widziałem tak szybko, bodaj w kwadrans, osuszonego litra. Bez słowa komentarza, bez cienia notatki, bez nazwy wina, innymi słowy bez hecy. Cholera wie, co to było, ale znikało szybko jak metro w tunelu. Gdybyśmy hecę urządzili, trwałoby to dwie godziny i jeszcze trzy czwarte byśmy wypluli. Więc może – pomyślałem – heca jest po to, by chronić nas przed uzależnieniem? Czekam od Państwa na lepsze odpowiedzi.


tekst ukazał się w numerze 31 (1/2008)