Enoturystyka Niemcy


Mozela. Nie samym winem ...

30-09-2009

Maciej Klimowicz



Mozela | fot. Autor


Chowałem się przed skwarem w piwnicach Tokaju, przechadzałem się z kieliszkiem po winnicach Bordeaux, popijałem winem lunch w sercu Napa Valley. Ale żadne z tych doświadczeń nie przygotowało mnie na Mozelę. Kajaki, rowery, piesze wędrówki, jazda konna – tu zrobisz to wszystko niemal nie wychodząc z winnicy.

Mozolnie jak nad Mozelą

Jak wygląda enoturysta, każdy widzi. Zapatrzony w swój kieszonkowy winiarski przewodnik (wzrok ma zepsuty od czytania etykiet w ciemnych piwnicach, więc co chwila poprawia okulary na zaczerwienionym nosie), wędruje między krzakami winnej latorośli, zawzięcie notując nazwy szczepów i producentów. Przystaje to tu to tam by powąchać zawartość kieliszka dzierżonego w dłoni, wziąć łyk, wypluć i zanotować kolejnych kilka zdań. Krótko mówiąc, nie wygląda zbyt atrakcyjnie, a w każdym razie nie na tyle by trafić na plakat promujący usługi jakiegoś biura podróży. A mógłby, gdyby był enoturystą znad Mozeli. To zupełnie inny gatunek. 


Riesling w mozelskiej winnicy | fot. Autor

Aby w pełni chłonąć atmosferę tego drugiego co do wielkości regionu produkcji rieslinga na świecie, potrzebne jest coś więcej niż mocna głowa i pojemny żołądek. Zważywszy na lekkość tamtejszych win, mocna głowa w ogóle przestaje być fundamentem udanych wakacji. Przydają się natomiast mocne nogi. Gdy przed wyjazdem czytałem w Internecie suche informacje o tym, że nad Mozelą znajdują się najbardziej strome winnice na świecie, nie robiły one na mnie specjalnego wrażenia. Dopiero gdy poczułem ból w łydkach, który pojawił się po ledwie kilkunastu minutach przechadzki mozelskim winnym szlakiem, zrozumiałem o co chodzi. To co gdzieś indziej jest przyjemnym spacerkiem, na stokach Bremmer Calmont (www.calmontwein.de) zmienia się we wspinaczkę. Nachylenie stoku sięga momentami 60º, a zdobywający go enoturysta w duchu dziękuje losowi, że Mozela płynie właśnie przez Niemcy i ktoś rozsądny zadbał o to, by w skały powbijać metalowe stopnie, a wzdłuż najtrudniejszych podejść rozciągnąć metalowe liny.

Wszystkie te udogodnienia na niewiele by się zdały, gdyby nie odpowiednia motywacja do wspinaczki. Na przykład pod postacią obfitego lunchu czekającego na jednym z tarasów uwieszonych pośród winnych krzewów, kilkaset kroków nad rzeką. W winnice można zapuścić się samodzielnie, z butelką wina w plecaku i kanapką w kieszeni. Można jednak zapłacić przewodnikowi, który nie tylko przeprowadzi nas najciekawszym szlakiem, ale nakarmi własnoręcznie przyrządzonymi daniami, idealnie dobranymi do tutejszego wina. (wycieczki organizuje firma Genuss Erleben – www.mosel-genusserlebnis.de, cena od 95 do 195 euro, możliwe również między innymi zwiedzanie winnic konno).

Wino najlepiej smakuje w winnicy, to twierdzenie równie prawdziwe jak to, że barszcz najlepiej smakuje w wigilię Bożego Narodzenia. Nie inaczej jest z mozelskim rieslingiem. Nawet ten najprostszy, nie wydumany i młody przyprawia o zawrót głowy (wcale nie powodowany nadmierną zawartością alkoholu), gdy zostanie podany zaraz po wspinaczce, w skąpanej w słońcu winnicy. Zapach łupkowej gleby, którą enoturysta deptał przed chwilą swoimi ciężkimi górskimi butami, uderza w nos wprost z kieliszka. Chłód każdego łyka napełnia spracowane mięśnie nowymi siłami potrzebnymi do pokonania drogi powrotnej.


fot. Autor

Tour de Moselle

Widoki na dolinę Mozeli z jednego z jej stromych zboczy zapierają dech w piersiach, ale położone niżej punkty widokowe również dostarczą enoturyście wielu wrażeń. Mocne nogi przydadzą mu się nie tylko do wspinaczki – świetnym sposobem na podziwianie tutejszych krajobrazów jest na przykład rower. Jednoślad można wynająć już za około 10 euro dziennie, a na rowerzystów czeka ponad tysiąc km tras, w tym świetnie oznakowane ścieżki ciągnące się kilometrami wzdłuż rzeki, łącząc ze sobą kolejne malownicze miasteczka. Rower można wypożyczyć na kilka godzin, a bardziej zawzięci mogą przejechać wzdłuż całego regionu. Taka wycieczka zajmie około sześciu dni, jeśli każdego dnia będziemy pokonywać około pięćdziesiąt km. Można wybrać się na nią samodzielnie, z książkowym przewodnikiem dla rowerzystów Mosselland – Radwanderfuhrer (8,60 euro). Aktualna, piąta edycja zawiera 22 mapy, informacje na temat wypożyczalni rowerów, sklepów i miejsc wartych odwiedzenia – przewodnik dostępny jest w centrach informacji turystycznej i w niemieckich księgarniach. Można też skorzystać z usług lokalnego operatora wycieczek, który zagwarantuje między innymi transport bagażu między hotelami - www.tour-de-spokes.com/mosel_valley_tour_c.htm.

Po kilku dniach pedałowania enoturysta może dać odpocząć nogom, co wcale nie znaczy, że musi zrezygnować z podziwiania winnic. Te, równie dobrze jak z rowerowego siodełka, wyglądają obserwowane z kajaka, z poziomu lustra wody. Choć jadąc z samochodem z Trewiru do Koblencji, gdzie Mozela wpada do Renu, pokonuje się niespełna sto trzydzieści km, kajak ma ich do przebycia niemal dwieście, wzdłuż rzeki wijącej się kolejnymi zakrętami. Wodny enoturysta nie musi od razu porywać się na tygodniową wyprawę, koszt wynajmu sprzętu na kilkugodzinną wycieczkę wynosi około 20 euro. Miłośnicy ekstremalnych wrażeń raczej się zawiodą, ale warunki na rodzinny spływ są idealne – rzeka snuje się łagodnie i powoli, a winnice oglądane z tej perspektywy wydają się jeszcze bardziej strome. Jeśli natomiast komuś przeszkadzają pływające po Mozeli statki wycieczkowe, na kajakarzy czeka jeszcze spokojniejsza i bardziej zielona rzeka Saara.

 


  fot. Autor

Nawet najbardziej tradycyjnie nastawieni enoturyści, którzy nie mają ochoty pedałować, wspinać się lub wiosłować, mogą bez wysiłku obejrzeć mozelskie winnice w całej okazałości. Biała flota regularnie kursująca między tutejszymi malowniczymi miasteczkami pozwala cieszyć się widokiem winnic w jedyny słuszny sposób, czyli z kieliszkiem rieslinga w dłoni.

Kto nie ma w nogach…

Mozela to nie tylko spacery, rowery i winnice. Znajdą tu również coś dla siebie turyści nie całkiem eno, miłośnicy architektury i historii. Serce regionu stanowi miasteczko Trewir, założona niemal 2000 lat temu dawna stolica Imperium Zachodniorzymskiego, pretendująca do miana najstarszego miasta w całych Niemczech. Nie tylko tak odległe czasy historyczne naznaczyły to miejsce. Podziwiać tu można między innymi najstarszą niemiecką gotycką świątynię. Wzniesiony w XIII wieku kościół pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny w czasach średniowiecznych był celem pielgrzymek wiernych, ze względu na przechowywane w środku relikwie – fragment szaty Jezusa. Dziś turystów przyciągają tu pamiętające czasy rzymian fundamenty świątyni. Zgoła inną atrakcją turystyczną jest stojący zaledwie kilkaset metrów dalej dom, w którym młode lata spędził Karol Marks ( Brueckenstrasse 10, wstęp 3 euro, wycieczka z przewodnikiem 35 euro). Nawet tutaj nie da się jednak uciec od wina - to między innymi ciężka sytuacja mozelskich winiarzy stała się inspiracją dla późniejszych prac Marksa. Podobnych mezaliansów epok historycznych i odmiennych tradycji jest tu więcej. Chociażby w piwnicach największego w regionie producenta rieslinga - winiarni Bischofliche Weinguter (www.fwgtrier.com/start.html ) – tutaj, sześć metrów pod podłogami seminarium duchownego, na pełnych obrotach pracuje prawdziwa fabryka wina – z linii produkcyjnych co godzinę zjeżdża dwa tysiące butelek. Dla kontrastu, w tych samych piwnicach wino musujące wytwarzane jest ... metodą tradycyjną.


fot. Autor

Metoda na głoda

Zaspokoiwszy głód wrażeń estetycznych enoturyście nie pozostaje nic innego jak zaspokoić głód fizyczny. Restauracji, jak przystało na turystyczny region, jest bez liku, a tutejsza kuchnia pozostając pod wpływem kulinarnych tradycji Francji i Luksemburga przeczy wszystkim stereotypom na temat niemieckiego gotowania. Jedzenie jest lekkie, aromatyczne, sporo w nim ryb, ziół i świeżych jarzyn, wprost stworzone do popijania rieslingiem. Spośród dziesiątek knajp i barów wyróżnia się restauracja Becker’s (www.beckers-trier.de). Uiściwszy uprzednio opłatę w wysokości 105 euro można się tu raczyć dziesięciodaniowym menu degustacyjnym zmienianym z tygodnia na tydzień. Każda potrawa to małe dzieło sztuki i na równi cieszy oko i podniebienie. Jakość tutejszego jedzenia i obsługi zasłużyły sobie na dwie gwiazdki w przewodniku Michelin.

Najedzony i napojony enoturysta powinien się jeszcze wybrać na zakupy, oczywiście winiarskie. Dobrym adresem będzie wyjęte żywcem z widokówki miasteczko Bernkastel (www.bernkastel-kues.de). Tam, rzut kamieniem od multimedialnego muzeum wina, w piwnicach szpitala św. Mikołaja mieści się Vinothek (Cusanusstraße 2) – sklep z winemw którym przebierać można wśród stu sześćdziesięciu etykiet. Wino można też kupić w dziesiątkach innych, porozrzucanych po całym miasteczku sklepików, najlepiej sącząc przy tym rieslinga.

Z torbą podróżną pełną butelek łatwiej będzie pożegnać się z Mozelą. Do domu najłatwiej wrócić samolotem – tanie licznie lotnicze obsługiwane są na lotnisku Frankfurt Hahn. Do głównego frankfurckiego portu lotniczego dojechać można w dwie godziny. Szkoda, że tak szybko - to za mało, by przetrawić wszystkie wrażenia z ostatnich kilku dni, nawet dla doświadczonego enoturysty.

 


O autorze

Maciej Klimowicz jest dziennikarzem, współpracuje z magazynem Men's Health i angielskojęzycznym radiem www.radiowroclove.com, gdzie jeszcze niedawno prowadził autorską audycję o winie. Prowadzi winiarski blog www.iwines.blogspot.com, jednak na jakiś czas swój związek z winem nieco rozluźni, rusza bowiem w długą podróż po Azji, którą będzie relacjonował w nowym blogu www.skokwbok.info.