Polska Polscy winomani
Świat Słowacja


Winnica Syracha

15-12-2009

Janusz Walczak



fot. Janusz Walczak


… czyli jak Węgrzy, Polacy i Gruzin pospołu robili wino na Słowacji

Wszystko zaczęło się mało oryginalnie, bo od przypadku – obecności dwóch Polaków i Węgra podczas wieczoru z aukcją win. W jej trakcie poznaliśmy się i okazało, że jesteśmy „z tej samej szkoły”, jeśli chodzi o stosunek do wina. Podczas kolejnych wspólnych spotkań, „bratanek” Imre odkrył przed nami Amerykę znakomitego węgierskiego winiarstwa, a nasze grono poszerzyło się. Najpierw dołączył Dawid z Gruzji (i świat już nigdy nie wyglądał tak samo), a potem towarzystwo rozrosło się o jeszcze jednego naszego krajana.
Spędzone wspólnie chwile Imre ubarwiał opowieściami o tradycjach i winnicach regionu, z którego pochodzi, dzisiaj leżącego w granicach środkowosłowackiego obszaru winiarskiego. Raczył nas przy tym obficie winem wytwarzanym tamże domowym sposobem przez swojego krewniaka Csabę. Zaowocowało to nieco szaleńczym pomysłem założenia własnej małej winnicy w tamtych stronach. Nie zrażał nas dystans 700 km, sądziliśmy też, że istniejąca na tych terenach kultura winiarska z niezbędnym zapleczem może tylko pomóc. Pozostało już tylko, bagatela, znaleźć konkretne miejsce, zacząć uprawiać winorośl i produkować wino.

Toteż, gdy Imre, którego mianowaliśmy tymczasem Marszałkiem, nadesłał zaproszenie mniej więcej tej treści: „W celu zajęcia terenów pod przyszłe umocnione pozycje wzywa się członków sztabu, aby stawili się w obszarze objętym gryfem tajności w dacie wiadomej…”, nie pozostało nic innego jak ruszać w pole.

I tak wiosną 2006 roku wyprawiliśmy się na tereny pogranicza słowacko-węgierskiego. Łagodne wzgórza i liczne buczyny przypominają tu nieco krajobrazy znane z Bieszczadów. Wioska, obok której mieliśmy poszukiwać miejsca, nosi nazwę Širákov. Jej węgierski odpowiednik (a Węgrzy stanowią większość na tych terenach) brzmi Sirak – prawdziwy znak dla poszukiwaczy winnic. Jak ustaliliśmy, przyjęła je od proroka Syracha, który notabene w swojej Mądrości wyraża się bardzo przychylnie o winie.

Następnego poranka eksploracje okolic rozpoczęliśmy od wyjazdu z zaprzyjaźnionym myśliwym do winnic Csaby. Usadowieni obok kilku sztuk broni na dwóch ławeczkach terenówki ruszyliśmy za północne obrzeża wioski. Delikatnie wznosząca się wśród zaoranych pól polna droga po kilku kilometrach doprowadziła nas na grzbiet, za którym rozpościerała się niewielka dolina przecięta pasmem drzew nad strumieniem. Trakt w tym miejscu rozdzielał się schodząc lewą odnogą w dolinę, a drugą podążał w połowie wysokości obsadzonego winoroślami stoku o południowo-zachodniej wystawie. Na wprost nas widok zamykały dwa wzgórza porośnięte bukami.

Rozpoczęliśmy zwiedzanie winnic. Były to paski szerokie zaledwie na kilka sznurów, należące do poszczególnych właścicieli. Przy wielu z nich wybudowano małe piwniczki i domki letniskowe. Krzewy posadzono 20–30 lat temu, nie dbając o rozdział szczepów – na jednym naciągu występowało zwykle kilka odmian. Winnice powstały, gdy okoliczny PGR przejął tereny za niskim grzbietem zamykającym dolinę od strony zachodniej. Mieszkańcom Sirak w zamian oddano wówczas nieuprawne, porośnięte głównie krzakami głogu zbocze, zbyt strome dla zmechanizowanej pracy. Dziś na terenach zajętych przez dawnego państwowego obszarnika winnice dzierżawią Morawianie.

Nasza obecność nie pozostała niezauważona. Przyjazne powitania z sąsiednich działek nieodmiennie prowadziły do zaproszeń na próbowanie win. Gościnne piwniczki skrywały miejscowe specjały pod ceglanymi sklepieniami. Budowa ich potwierdzała małą spoistość gruntu, który stanowi przemieszanie kamieni i formacji osadowych. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że w dolinie nie ma prądu, a zimą trudno tu dojechać. Brak cywilizacyjnych zdobyczy nie był jednak czymś, co mogło nas zniechęcić, wręcz przeciwnie.

Po kilku godzinach wróciliśmy do wioski, aby zgodnie ze słowami Csaby nieco się wzmocnić i odpocząć przed dalszymi poszukiwaniami. Po wypiciu kilku kolejek miejscowej pálinki, zjedzeniu dwu obiadów – jednego u naszego gospodarza, drugiego u jego matki (którą wypadało poznać, a że pora była obiadowa…) oraz pół godzinie leżenia w trawie wśród małego sadu wreszcie uznani zostaliśmy za zregenerowanych.

Najpierw udaliśmy się do położonej za kilkoma wzgórzami wioski. Na wznoszącym się nad nią grzbiecie stał dom z półhektarową winnicą na tyłach. Widać było bardzo staranne prowadzenie krzewów, a w piwnicach domu zastaliśmy proste, ale kompletne wyposażenie do produkcji wina. Oglądając krzewy i popatrując na dachy wioski, wypytaliśmy właścicielkę o strukturę nasadzeń, lokalne warunki i sposoby winifikacji. Jej informacje o winnicy potwierdzały liczne dyplomy z lokalnych konkursów winiarskich.


fot. Janusz Walczak


Po pożegnaniu wyruszyliśmy na południe w stronę granicznej rzeki Ipola (węg. Ipoly). Minąwszy sąsiednie miejscowości auto wspięło się na wzgórze porośnięte lasem, przez który prowadził piaszczysto-błotnisty dukt. Poruszając się powoli w górę, dotarliśmy do skraju drzew i stanęliśmy na szczycie oświetlonej popołudniowym słońcem stromej skarpy. Z jej krawędzi rozpościerała się panorama równiny przeciętej rzeką Ipola z tłem stopniowo wznoszących się za nią wzgórz, które w kierunku zachodnim tworzą malowniczy przełom Dunaju. Wzdłuż stromizny prowadziła ścieżka opadając nieregularnymi uskokami. Poniżej widać było pozostałości winnic, a nad nią w cieniu pojedynczych drzew wejścia do piwniczek wydrążonych w zboczu. Wszystko było zrujnowane, z widocznymi lejami po artyleryjskim ostrzale – czerwonoarmiści potraktowali piwniczki jako wrogie umocnienia. To miejsce miało znacznie dłuższą tradycję niż dolina, którą zwiedzaliśmy rano. Skarpa była obszarem komunalnym kultywowanym przez mieszkańców wioski co najmniej od lat 1930. Wspólna przestrzeń została podzielona na biegnące w pionie parcele, gdzie gospodarze hodowali winorośl i wytwarzali wina. Zasiadając u wejść do piwniczek w cieniu szlachetnych drzew mieli u swoich stóp winnice, przed oczyma rozległy widok i mogli liczyć na częste odwiedziny sąsiadów, wzajemne próbowanie win.

To był ostatnie miejsce, które mieliśmy w planie. Wieczór spędziliśmy w gościnnym domu Csaby, dzieląc się wrażeniami i winem.

W wyborze miejsca okazaliśmy się jednomyślni. Dolinka podobnie jak posiadłość z domem były miejscami obsadzonymi krzewami w pełni sił, przynoszącymi wina na przyzwoitym poziomie, mimo stosunkowo sporej wydajności i niemal domowej technologii produkcji. Skarpa miała wymarzony widok, ale po winnicach pozostały tylko ślady, a jej nachylenie było tak znaczne, że wymagałaby nie tylko ręcznej uprawy, ale być może nawet budowy tarasów. Dodatkowym problemem było jej oddalenie. Stok nad doliną miał dobrą, choć nie idealną, bo południowo-zachodnią orientację, elementami sprzyjającymi były osłonięcie od silnych wiatrów i obecność strumienia łagodzącego skutki ekstremalnych sytuacji pogodowych. Pół hektara na wzgórzu miało optymalną ekspozycję – przez cały dzień pozostawało wystawione na promienie słoneczne, jednak istniało tu większe ryzyko związane z zimnymi wiatrami, suszą. Niestety w skład posiadłości wchodził także spory dom, a czegoś takiego nie przewidywały nasze plany i możliwości. W tej sytuacji i przy założeniu, że naszym celem zasadniczym jest wytwarzanie win do codziennego picia, najlepszym wyborem było zainteresowanie się pasmami winnic sąsiadujących z terenem Csaby, z którym chcieliśmy się umówić na ich prowadzenie i winifikowanie zbiorów. Wiedzieliśmy natomiast jedno – decyzja zapadła!

Ciąg dalszy nastąpił...

O tradycji autor pisze tu

Tekst ukazał się w numerze 39 (3/2009)