Archiwum Magazynu WINO Felietony Notatki spod korka


Spacerkiem po Vinexpo

06-01-2010

Marek Bieńczyk

Rzeczywiście spacerkiem; w w roku 2009 świat wina obchodził swe rytualne święto w statecznym tempie.  Nie było tłoku, nowa kładka przerzucona przez jezioro zachęcała do przechadzki, degustowałem niewiele i niespiesznie. Wina od wielkich i wina od małych, bardzo różne, lecz na ogół przedstawiane przez producentów jednym słowem: terroir. Albo dwoma: terroir, mineralność. Jakby się im zacięła płyta.

Ja, skrajny determinista

Dowiedziałem się przy okazji, że po raz pierwszy słowem „mineralny” określił wino Michel Dovaz, francuski krytyk; zdarzyło się to około dwudziestu lat temu. Jakiś proroczy geniusz wymyślił w nim ten, pardon, greps, bez którego nie dalibyśmy sobie dzisiaj rady przy opisie win. Ten fantastyczny wynalazek językowy ustala (i cudownie upraszcza) dzisiejszy język rozmowy o winie, kreuje opozycje, które pomagają o winie mówić; bardzom ciekaw, czy odejdzie kiedyś w niepamięć czy też zostanie w naszym życiu na zawsze, jak Maryla Rodowicz.

Przy tej okazji pomyślałem sobie o pewnej sprzeczności, którą nietrudno zauważyć, gdy głosimy pochwałę terroir. Sprzeczność, bym powiedział, z duchem czasów, z poprawnym duchem dzisiejszych czasów. Bo przecież duch ten, tolerancyjny, liberalny, nie byłby zwolennikiem terroir, gdyby wiedział, o co chodzi. Określone miejsce pochodzenia to – z punktu widzenia tegoż ducha – wyrażenie rasistowskie, dyskryminujące. Dla ducha nieważne jest przecież, kto skąd się wziął, co ma w genach, co po kim dziedziczy, nieważne wszelkie granice, nieistotne wszelkie zastałe uwarunkowania! A my, dogmatycy terroir, uprawiamy wredny determinizm, w pewnym sensie skrajnie prawicowy. Może tak się dzieje, że to, czego nie wypada już myśleć między ludźmi, przerzucamy w inne sfery, w sferę wina chociażby. Gdzie nie rządzi żadna oszalała demokracja i inne kiepskie wynalazki ludzkości. Choć lepszych nie ma.

Zefirek absolutu

Duża liczba efektownych butelek magnum w witrynach kazała mi też postawić sobie pytanie, które brzmiało mniej więcej tak: co ty, kurcze, wiesz o winie? Z wielu pisanych i mówionych świadectw, jakie znam, wynika niezbicie, że jedno i to samo wino starzone w zwykłej butelce i w magnum to dwa różne wina. I że wyższość butelki magnum nad zwykłą jest powalająca. Po wielu latach starzenia może być to różnica światów. No ale kto z nas kupuje butelki magnum? Wśród znanych mi winomanów nikt. Myślę o czerwcowej degustacji, którą paru wspaniałych szaleńców zorganizowało w Zielonym Dworze w Sopocie. Pionówka Château Haut-Brion, do tego parę butelek La Mission Haut-Brion. 1989 i 1990 były powalające w obu przypadkach. Haut-Brion 1989 dotykał nieba. Zefirek – powiedział Maciek. Co zefirek? – spytałem – Jeśli nie powiew, to przynajmniej zefirek absolutu. No właśnie, a gdyby wino było z magnum, co byśmy powiedzieli? Huragan absolutu?

La Cabotte 2000

Że co, nie ma terroir i nie ma mineralności? To co powiedzieć o najlepszej degustacji tego Vinexpo, kilku wybranych win białych? Coraz częściej mi się zdarza, że pamiętam lepiej wina biała niż czerwone, i szanuję je więcej. Wytwarzane (najczęściej) bez udziału skórek, bez możliwości ewentualnego maskowania wina garbnikami, nie zniosą żadnego błędu ze strony winiarza. Świetny Berg Schlossberg 2007 od Breuera z Rheingau, świetny Valentini ze swoim Trebbiano d’Abruzzo 1988 (!), świetny szwajcarski Clos des Corbassières Païen (czyli savagnin), Coeur du Clos z Domaine Cornulus i dwa wina fenomenalne. Sancerre Cuvée Edmond 2002 od Alphonse’a Mellota – nie dało się stwierdzić w ciemno, czy to sancerre czy chablis, sauvignon czy chardonnay, ale przecież Sancerre i Chablis to bardzo podobna formacja geologiczna. I wreszcie Chevalier-Montrachet La Cabotte (z magnum) od Boucharda. Malutka parcela, leżąca między Montrachet i Chevalier-Montrachet, ok. 1,2 tys. butelek. Zgrzeszyłbym, gdybym nie odnotował tego potężnego zefirka absolutu, tego eliksiru złożonego z powietrza o smaku cytrusów.

Kadarka, kadarka!


Titi Gál, współtwórca wspomnianej kadarki | fot. TPB

Ale nawet po takich cudach jest życie po Vinexpo. Wystarczy wrócić do domu i wyjąć z lodówki butelkę bez etykietki, bezcenną, choć wartą pewnie kilka euro. Schłodzona kadarka, szczep pogardzony, coś między różem a czerwienią, nie bez cukru resztkowego, pyszna. Prezent od winemakera u Tibora Gála. Zimą degustowaliśmy u Gála z Ewą i Andrzejem szeroką, bardzo porządną gamę win i na koniec ową prywatną kadarkę, nie sprzedawaną, robioną na potrzeby własne. Byliśmy zgodni, to była najlepsza butelka degustacji. I świetna butelka, by po La Cabotte pokochać na nowo rzeczywistość.

Tekst ukazał się w numerze 40 (4/2009)