Archiwum Magazynu WINO
Felietony
Wina Ewy
Szczęśliwi czasu nie liczą
15-02-2010
|
|
Ewa Wieleżyńska
W jednej ze swoich powieści Michel Houellebecq napisał, że „mamy istną obsesję na punkcie zdrowia i higieny; a nie są to doprawdy warunki idealne do uprawiania miłości”. Obsesja ta nie sprzyja wielu dziedzinom życia, również kulturze wina.
Parę miesięcy temu francuskie Ministerstwo Zdrowia opublikowało broszurę, z której wynika, że najbardziej szkodzimy swojemu zdrowiu my, czyli umiarkowanie, lecz regularnie pijący. Odwrotnie niż do tej pory, gdy zwykło się podkreślać antyoksydacyjne, więc również przeciwrakowe właściwości polifenoli, zwłaszcza resweratrolu, w broszurze stwierdzono, że grupa codziennie spożywających wino jest najbardziej narażona na ryzyko wielu rodzajów raka: języka, krtani, przełyku, wątroby, a także piersi. Stale przyjmowany alkohol (nawet w niewielkich ilościach) zwiększa bowiem przepuszczalność organizmu dla różnych szkodliwych substancji np. z papierosów – dodawała broszura. Nie stwierdzała jednak, że badania przeprowadzono na palaczach.
W latach 30. ubiegłego wieku rząd francuski sponsorował plakaty promujące francuskie winnice: „Pijcie wino i żyjcie radośnie!” – głosiła litografia przedstawiająca parę wychodzącą z kiści winogron, które układały się w mapę Francji. Dziś Francja odwraca się od swojego napoju-totemu, spożycie wina wciąż spada, rośnie za to konsumpcja leków. Francuzi należą do najbardziej hipochondrycznych nacji i nie stronią od antydepresantów. W starożytności wino postrzegano jako remedium na zmęczenie, irytację, ból, smutek; dziś mamy mniej poetycki prozac. Rzecz nie w tym, byśmy teraz traktowali wino jako najlepszy środek uspokajający, przeciwbólowy czy zapobiegawczy. Rzecz w tym, byśmy nie popadali w złudzenie, że dzięki nauce wszystko jesteśmy w stanie kontrolować, ani też nie racjonalizowali spożycia wina rzekomą zdrowotną korzyścią bądź jej brakiem. Ze wszystkich przeprowadzonych badań jedno wynika niezbicie, że argumentów obalających szkodliwość wina jest równie wiele, jak argumentów obalających jego zbawienność. Na przykład badania resweratrolu przeprowadzono na myszach, które faszerowano nim w olbrzymich ilościach: 24 mg/kg masy ciała. Wino zawiera 1,5–3 mg/l, zatem aby przyjąć identyczną dawkę, trzeba by spożyć od kilkuset do ponad tysiąca butelek wina dziennie. Cóż nam więc po informacji, że najbardziej obfitują w resweratrol pinot noir i merlot? Choć trzeba przyznać, że los w tym wypadku był sprawiedliwy, dzieląc po równo: na ogół miłośnicy pierwszego szczepu nie są zwolennikami drugiego i na odwrót.
Co się zaś tyczy osławionego w latach 90. „francuskiego paradoksu”, coraz częściej wskazuje się, że znaczącą rolę odgrywają w nim inne czynniki niż samo wino. Miażdżycy i chorobom układu krążenia może bowiem zapobiegać idąca w parze z piciem wina dieta śródziemnomorska, która obfituje w warzywa, owoce i nienasycone kwasy tłuszczowe. Jako pierwszy niską zapadalność Francuzów na niedokrwienną chorobę serca zauważył Irlandczyk dr Samuel Black, który w roku 1819 przeprowadził dotyczące tego analizy. Odporności Francuzów nie przypisywał jednak czerwonemu winu, lecz charakterowi narodowemu, dyspozycjom emocjonalnym, stylowi życia, a nade wszystko francuskiemu savoir vivre, którego wino, owszem, jest (choć jak się zdaje coraz mniej) nieodłącznym elementem. I ten dyskurs wydaje mi się bardziej przekonujący niż wszelkie poparte statystyką krzywe J, które wskazują, że ryzyko ataku serca oraz nowotworów u rozsądnie pijących wino spada średnio o 20% w stosunku do abstynentów, by potem rosnąć gwałtownie, gdy wypijamy choćby jeden kieliszek wina więcej niż mieści się w „bezpiecznym limicie”. Problem w tym, że pojęcie bezpiecznego limitu przez resorty zdrowia poszczególnych krajów jest rozmaicie definiowane. Wielka Brytania jest najbardziej szczodra, gdyż zaleca 3–4 kieliszki dziennie dla mężczyzn i 2–3 kieliszki dla kobiet. Ale już we Francji i Stanach Zjednoczonych są to dwa kieliszki dla mężczyzn i tylko jeden dla kobiet. W dodatku ostatnio się podkreśla, że nawet jeden drink dziennie zwiększa u kobiet prawdopodobieństwo zachorowalności na raka piersi. Kobiety zatem, jak przeczytałam w jednym z podręczników, sięgając po wino powinny wyważyć dwa ryzyka: choroby układu krążenia versus nowotworu piersi, w zależności od swoich genetycznych uwarunkowań. Doprawdy mierzenie takiego ryzyka jest ostatnią myślą, jaką chciałabym się zajmować otwierając butelkę wina. Już lepiej w ogóle nie pić niż między jednym łykiem a drugim nerwowo obgryzać paznokcie.
Wobec tej purytańskiej gry iluzji podoba mi się szczere stwierdzenie Jancis Robinson w książce Kurs wina, które pada właśnie w rozdziale poświęconym winu i zdrowiu: Wino zawiera alkohol, co jest jednym z wielu powodów, dla których je tak lubię. Kieliszek wina podnosi na duchu i czyni, że świat wydaje się znacznie bardziej atrakcyjnym miejscem. (…) Piję między jedną trzecią a połową butelki niemal co wieczór i pociesza mnie fakt, że bezpieczne limity bazują na ilościach, do jakich ludzie są skłonni się przyznać”.
W powiązanych z umiarem greckich pojęciach decorum i sophrosyne była godność, której brakuje współczesnym pedantycznym wyliczeniom mającym w sobie coś z małostkowości bigota. Wino, nieodłącznie związane z kultem Dionizosa, było dla Greków symbolem niezniszczalności życia, jego esencją. Starożytni czasu nie liczyli, lecz go ważyli.
Nie dociekaj nie nasza to rzecz Leukonoe
kiedy umrzeć mam ja kiedy ty nie odsłaniaj
babilońskich arkanów Co ma być niech będzie
Czy wiele zim przed nami czy właśnie ostatnia
pędzi morze Tyrreńskie na oporne skały
rozważnie klaruj wino nadzieję odmierzaj
na godziny – czas biegnie zazdrosny o słowa –
i weseląc się dziś nie dowierzaj przyszłości
Horacy (tłum. A. Ważyk)
