Archiwum Magazynu WINO
Felietony
Wina Ewy
Grzmoci, nie grzmoci
08-04-2010
Ewa Wieleżyńska
![]() fot. WineLibraryTV |
Ostatnio w winiarskiej prasie rozgorzała dyskusja, czy krytyk winiarski to gatunek zagrożony wyginięciem. W czasie kiedy Jancis Robinson cierpliwie stukała w klawisze, niżąc finezyjne nitki słów poświęconych temu tematowi i jeszcze nie skończyła, Gary Vaynerchuk zdążył nakręcić kilka odcinków swojego internetowego show zatytułowanego: „Wine Library”. Każdą część kończył żwawym okrzykiem, powtarzanym niczym mantra: Wy, z odrobiną mnie, zmieniacie świat wina! (You, with a little bit of me, we are changing the wine world!). Czy naprawdę? I kim jest Gary, któremu zajęło zaledwie trzy lata od pierwszego odcinka „Wine Library”, by znaleźć się na czterdziestym miejscu listy pięćdziesięciu najbardziej wpływowych ludzi wina według Decantera?
Vaynerchukowie wyemigrowali do Stanów z białoruskiego Bobrujska, kiedy Gary miał trzy lata. Ojciec Gary’ego - Sasza otworzył w New Jersey sklep z alkoholami i jak głosi biografia naszego bohatera to tam, nudząc się za kasą, jako młody chłopak zaczął czytać Wine Spectatora i Wine Advocate’a. Zorientował się, że kolekcjonowanie wina może być równie fajne jak kolekcjonowanie kart baseballowych. A ponieważ jako nastolatek nie mógł pić, zaczął wąchać i próbować dosłownie wszystko, co mogło go do świata wina przybliżyć. Żuł trawę, gryzł drewno, lizał błoto, kamienie i co tam jeszcze. Istny Grenouille z „Pachnidła”. To niezamierzone - jak sądzę - autobiograficzne podobieństwo (Vaynerchuk w końcu, co sam ochoczo podkreśla, książek nie czyta), nie kończy się tylko na obsesji poszerzania własnych zapachowych doznań. Niech będzie, że to moje przesadne porównanie, bo w końcu nie ma co Gary’ego demonizować, jednak jego opisy win w emitowanych codziennie przez Internet piętnastominutowych video są tak dalece pozbawione osobistej nuty, że mimowolnie przychodzi mi na myśl totalna bezwonność Grenouille’a przy jego dzikiej chęci bycia uwielbianym przez tłumy. Bo choć Gary pokrzykuje, że mu się naprawdę (really!) bardzo podoba, podkreśla, że jest podekscytowany i pełen pasji, a na wypadek gdybyśmy mu nie uwierzyli, gestykuluje jakby miał ADHD i z emfazą cedzi zdania pełne superlatyw: „kapitalne, przepiękne, fantastyczne, wino!”, wszystko to jest kompletnie wyzute z indywidualności. Nie wiemy, co za facet kryje się za maską pajaca i jakie są jego upodobania, poza upodobaniem do amerykańskiego footballu, z którego zwierza się chętnie, i sławy, o czym napisał książkę: „Crush it! Why Now Is the Time to Cash In on Your Passion” ( w wolnym tłumaczeniu: ”Wymiataj! Najwyższy czas, byś zbił pieniądze na swojej pasji”). Self-helpy sprzedają się lepiej niż książki winiarskie. Sam Gary mówi zresztą, że ludzie nie oczekują od niego osobistych opinii na temat wina, lecz lekcji, jak czerpać z niego fun. Jakąkolwiek lekcję mieliby czerpać jego widzowie, show jest naprawdę popularny, bo ściąga aż stu tysięcy wejść dziennie, a jego fani organizują się w grupy pod nazwą Vayniacs. Nie sposób odmówić Gary’emu wpływu na rynek. Niejeden winiarz opowiadał, że po wyemitowaniu odcinka, w którym zostało omówione jego wino, w następnym tygodniu rozszedł się cały zapas.
Krytycy Gary’ego przyznając mu duży wpływ na konsumentów, zarzucają mu nieczystość interesów: większość prezentowanych butelek pochodzi z jego własnego, przejętego po ojcu sklepu; oraz hipokryzję – Vaynerchuk podkreślając, że nie należy ufać opiniom ekspertów, a zwłaszcza ich punktacjom, chętnie cytuje Parkera oraz Wine Spectatora, jak również hojnie szafuje stupunktową skalą. Mnie jednak to wszystko najmniej przeszkadza. Irytuje mnie tempo programu i hektyczność prowadzącego. Jancis Robinson w odpowiedzi na wysłanego do Gary’ego maila otrzymała automatycznie rozsyłaną instrukcję : „Hustle, because that’s how you win!” (znów w wolnym tłumaczeniu: „Wal w dechę, bo tak się wygrywa!”)
Powiem teraz jak stara, ale trudno: wino wydawało mi się zawsze jednym z ostatnich bastionów powolności, spokojnego spotkania, wstrzymanej uwagi. Jednym z niewielu, jeśli nie jedynym towarem konsumpcyjnym, który skłania do refleksji i domaga się adekwatnego słowa. Gary, owszem, potrafi posługiwać się słownictwem jak się patrzy, bo chociaż deklaruje, że wywraca winiarski świat do góry nogami, to jego opisy mieszczą się w typowej dla tego świata leksyce. Swoją pracę domową niewątpliwie odrobił. Poleca to, co należy polecać. Przestrzega przed „beczkowymi potworami”, zachwyca się krzywdząco niedocenianymi Beaujolais Crus, doradza, by próbować nowych rzeczy i nieustannie poszerzać horyzonty podniebienia: „Expand your palate!” – brzmi jedno z haseł tego guru. Odrobił tę pracę jednak pośpiesznie. Można by się czepiać, że robi błędy w prawie każdej nie angielskiej nazwie, ale nie o to nawet chodzi. Mam wrażenie, że pośpiech nie pozwala mu dostrzec różnicy, bo choć raźno wysypuje z siebie opisowe przymiotniki i rozbiera aromaty na części pierwsze, w efekcie w dobrym, podług jego winie, czuć zawsze to samo: grzmot. („Good wine brings thunder to your world!”). Przekładając na nasze: dobre wino grzmoci, a niedobre nie grzmoci. I ta synteza wydaje mi się wielce dyskusyjna.
Choć Gary nazwał zarówno swój program, jak i sklep „Biblioteką Wina”, jesteśmy tutaj daleko od tego, co zwykliśmy nazywać winną lekturą, która być może jak każde czytanie zostanie zepchnięta na margines. Wino, by zainteresować większość, musi być widowiskowe i zamienić się w spektakl.
Gary mówi, że jest największym producentem nowych konsumentów wina na świecie. Nie wiem, nie widziałam statystyk, ale załóżmy, że tak jest. Z ekonomicznego punktu widzenia jest to może nienajgorsza nowina. Ale czy więcej pijących wino powiększa sumę ludzkiego szczęścia? Myślę, że gdy jest to fast consumption, raczej nie.
Dlatego, nawet jeśli większość będzie z Garym i nikt już gryzipiórków nie będzie chciał czytać, ja dalej będę wolała obgryzać nad kieliszkiem swój ołówek.
Dziś, kiedy tak obgryzałam, zadzwonił telefon. Znajomy, że był w tym sklepie, który polecałam i bardzo mu się podobało, kupił dwa wina – sympatyczne, jak się wyraził, kwaśne żurki. Ojej - zmartwiłam się - kwaśne żurki? Daj spokój powiedział, czy w winie zawsze o to chodzi, żeby było smaczne? Albo żeby miało grzmocić? Czy w życiu zawsze ma być wesoło?
Pewnie banał, ale znacznie bardziej sensotwórczy niż pioruńskie prawdy Gary’ego.
