Archiwum Magazynu WINO Felietony Notatki spod korka


Kronenburg 1664, czyli zmiany na lepsze

10-04-2010

Marek Bieńczyk


Jak powiedział w wywiadzie udzielonym dawno temu dziennikowi „Le Figaro” prezydent Jacques Chirac, „przewidywanie to rzecz trudna, zwłaszcza kiedy dotyczy przyszłości”. Nie mam zamiaru przeobrażać się w Pytię, zwłaszcza delfijską, ale jestem pewien, że za rok w kolejnym wydaniu francuskich przewodników winiarskich pojawi się przy opisie co drugiego producenta takie mniej więcej zdanie: „Możemy już odczuć efekt nowego podejścia i wielkiego skoku jakości. Począwszy od rocznika 2007 (2008) styl win zmienił się...Wina producenta XY sięgają już niemal doskonałości... itp, itd”. W tym roku w przewodnikach zdanie to występuje nader często, tyle że roczniki są wcześniejsze, „począwszy od 2004, od 2005”. Przed rokiem identyczne zdanie dotyczyło roczników 2000-2003. Jeszcze parę lat i wszyscy producenci „zmienią styl na bardziej ... itd., itp... i osiągną doskonałość... itp, itd.”. Nie może być wątpliwości, cała Francja jak długa i szeroka, od Pauillaka (zwłaszcza wina czerwone) po Cadillaka (czy słyszałeś, koteczku, o takiej apelacji?), przeistacza się i dochodzi do perfekcji... Okropnie mnie te uwagi irytują, i to od lat, a to dlatego, że przewodniki już dziesięć razy zdążyły obwieścić urbi et orbi dokonującą się przemianę i zbliżającą się doskonałość tego samego producenta, już wieki trąbią (zwłaszcza na trąbach) o nadchodzącej wreszcie wspaniałości.

Moją irytacją co rok muszę się z Państwem podzielić, proszę wybaczyć, ale też pakując nerwy w konserwy, warto może się zastanowić, czy chodzi tylko o grzeczność autorów przewodników wobec producentów, czy też rzeczywiście zachwycają się „nowym stylem”, tak jak przed laty zachwycali się winami tego samego winiarza sprzed stylistycznej przemiany. Innymi słowy, rozważyć pytanie, do jakiego stopniu ocena smaku wina wpisana jest w dany moment historyczny. Bardzo, czy tylko trochę? Czy istnieje coś takiego, jak absolutny smak wina, czy też zawsze jest on bardziej lub mniej uwarunkowany przez moment dziejowy? Czas mija, degustujemy już od tylu, tylu lat, co niektórzy z nas zaczynają się zastanawiać nad sensem kupowania Léoville-Las-Cases z roku 2005, który dojrzeje za 30 lat, i czasami łapię się na trudnej myśli, że przedmiot miłości będzie sobie istniał beze mnie zakochanego, i że chciałoby się, psiakrew, wiedzieć, jak będzie wino w przyszłości, której się już nie dochrapię, smakowało, a wiedzieć się przecież nie będzie. Co się będzie podobało? Co będzie zachwycało koneserów, a co szeroką publiczność? Wina starzone na Marsie? Połączenia tannat z seyval blanc? Czy po prostu tych pierwszych wina bardziej kwasowe, tych drugich bardziej słodkie? Zachodzę w głowę i nic, nie mam pojęcia (zwłaszcza zielonego). Ale jest to jedna z tych kwestii, za które Faust we mnie sprzedałby duszę. Napić się dziś saint-julien albo chianti z roku 2050, a potem smażyć się w piekle przez nieskończoność, w towarzystwie kolegów z redakcji. Bo wiadomo, że piekło to zwłaszcza inni.

No dobrze, ale zmiany doprawdy się zdarzają. Wśród najświeższych wieści najbardziej zadziwiła mnie ta o Zindzie-Humbrechcie. Otóż wedle różnych źródeł miał on powiedzieć, że – jednak – jego własne wina (przecież od lat doskonałe, czyż nie?) zdają mu się często zbyt opasłe, zbyt mocne, zbyt solidnie podbite cukrem resztkowym, i że musi coś z tym zrobić. Ponoć rocznik 2008 u Zinda jest o wiele bardziej wytrawny niż zazwyczaj, ale ciekaw jestem ogromnie, co Olivier Zind-Humbrecht zrobił z alkoholem, gdzie go schował. Antagonistom win Zinda, a jest ich nawet u nas niemało, śpieszę wszak donieść, że nie należy się od nich odwracać. W przeprowadzonym niedawno teście na obecność pestycydów jego wina okazały się czyste jak łza. Porównywano je z winami z uprawy tradycyjnej (Château Canon w Saint.Emilion) i z uprawy zwanej „culture raisonnée” (czyli mniej chemii, ale jednak). Zind wygrał w cuglach i niech ta informacja będzie moim ankesem do naszego dossier o winach biodynamicznych z ostatniego numeru.

Ale prawdziwe zmiany dzieją się gdzie indziej, Oddajmy raz jeszcze głos Jacquesowi Chirakowi, który w wywiadzie udzielonym w roku 1996 pismu „Fiasco” (nomen omen) na pytanie „Czy mam poczucie, że od wyboru na prezydenta Francji coś się w Panu zmieniło?”, odpowiedział: „Zmieniło się piwo. Przeszedłem z Corony na Kronenburga 1664”.

Vive la France! Zwłaszcza, że po Chiraku, prezydencie, który nie pija wina, przyszedł Sarkozy, prezydent, który wina nie znosi. O ile jednak miłość do wina łączy ludzi, nawet w piekle, o tyle niechęć do niego w uczuciach nie pomaga. Jak powiedział Chirac w tym samym wywiadzie: „Sarkozy’ego trzeba deptać. Z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to jedyna rzecz, którą rozumie. Po drugie, to przynosi szczęście”.

Tekst ukazał się w numerze 42 (6/2009)