Na starość chciałbym mieć własną piwnicę na wino. Niczego więcej zresztą od życia nie pragnę. Jeśli mi ślepy los dopisze, pod siedemdziesiątkę uczciwi ludzie uznają mnie za człowieka uczciwego, za winiarza, a więc kogoś, kto wie, gdzie należy umrzeć. Bo nie masz piękniejszej śmierci jak przed piwniczką, pod rozłożystym orzechem, jesienią.
Rzeczywiście spacerkiem; w w roku 2009 świat wina obchodził swe rytualne święto w statecznym tempie. Nie było tłoku, nowa kładka przerzucona przez jezioro zachęcała do przechadzki, degustowałem niewiele i niespiesznie. Wina od wielkich i wina od małych, bardzo różne, lecz na ogół przedstawiane przez producentów jednym słowem: terroir. Albo dwoma: terroir, mineralność. Jakby się im zacięła płyta.
Ja, skrajny determinista
Dowiedziałem się przy okazji, że po raz pierwszy słowem „mineralny” określił wino Michel Dovaz, francuski krytyk; zdarzyło się to około dwudziestu lat temu. Jakiś proroczy geniusz wymyślił w nim ten, pardon, greps, bez którego nie dalibyśmy sobie dzisiaj rady przy opisie win. Ten fantastyczny wynalazek językowy ustala (i cudownie upraszcza) dzisiejszy język rozmowy o winie, kreuje opozycje, które pomagają o winie mówić; bardzom ciekaw, czy odejdzie kiedyś w niepamięć czy też zostanie w naszym życiu na zawsze, jak Maryla Rodowicz.
Przy tej okazji pomyślałem sobie o pewnej sprzeczności, którą nietrudno zauważyć, gdy głosimy pochwałę terroir. Sprzeczność, bym powiedział, z duchem czasów, z poprawnym duchem dzisiejszych czasów. Bo przecież duch ten, tolerancyjny, liberalny, nie byłby zwolennikiem terroir, gdyby wiedział, o co chodzi. Określone miejsce pochodzenia to – z punktu widzenia tegoż ducha – wyrażenie rasistowskie, dyskryminujące. Dla ducha nieważne jest przecież, kto skąd się wziął, co ma w genach, co po kim dziedziczy, nieważne wszelkie granice, nieistotne wszelkie zastałe uwarunkowania! A my, dogmatycy terroir, uprawiamy wredny determinizm, w pewnym sensie skrajnie prawicowy. Może tak się dzieje, że to, czego nie wypada już myśleć między ludźmi, przerzucamy w inne sfery, w sferę wina chociażby. Gdzie nie rządzi żadna oszalała demokracja i inne kiepskie wynalazki ludzkości. Choć lepszych nie ma.
Zefirek absolutu
Duża liczba efektownych butelek magnum w witrynach kazała mi też postawić sobie pytanie, które brzmiało mniej więcej tak: co ty, kurcze, wiesz o winie? Z wielu pisanych i mówionych świadectw, jakie znam, wynika niezbicie, że jedno i to samo wino starzone w zwykłej butelce i w magnum to dwa różne wina. I że wyższość butelki magnum nad zwykłą jest powalająca. Po wielu latach starzenia może być to różnica światów. No ale kto z nas kupuje butelki magnum? Wśród znanych mi winomanów nikt. Myślę o czerwcowej degustacji, którą paru wspaniałych szaleńców zorganizowało w Zielonym Dworze w Sopocie. Pionówka Château Haut-Brion, do tego parę butelek La Mission Haut-Brion. 1989 i 1990 były powalające w obu przypadkach. Haut-Brion 1989 dotykał nieba. Zefirek – powiedział Maciek. Co zefirek? – spytałem – Jeśli nie powiew, to przynajmniej zefirek absolutu. No właśnie, a gdyby wino było z magnum, co byśmy powiedzieli? Huragan absolutu?
La Cabotte 2000
Że co, nie ma terroir i nie ma mineralności? To co powiedzieć o najlepszej degustacji tego Vinexpo, kilku wybranych win białych? Coraz częściej mi się zdarza, że pamiętam lepiej wina biała niż czerwone, i szanuję je więcej. Wytwarzane (najczęściej) bez udziału skórek, bez możliwości ewentualnego maskowania wina garbnikami, nie zniosą żadnego błędu ze strony winiarza. Świetny Berg Schlossberg 2007 od Breuera z Rheingau, świetny Valentini ze swoim Trebbiano d’Abruzzo 1988 (!), świetny szwajcarski Clos des Corbassières Païen (czyli savagnin), Coeur du Clos z Domaine Cornulus i dwa wina fenomenalne. Sancerre Cuvée Edmond 2002 od Alphonse’a Mellota – nie dało się stwierdzić w ciemno, czy to sancerre czy chablis, sauvignon czy chardonnay, ale przecież Sancerre i Chablis to bardzo podobna formacja geologiczna. I wreszcie Chevalier-Montrachet La Cabotte (z magnum) od Boucharda. Malutka parcela, leżąca między Montrachet i Chevalier-Montrachet, ok. 1,2 tys. butelek. Zgrzeszyłbym, gdybym nie odnotował tego potężnego zefirka absolutu, tego eliksiru złożonego z powietrza o smaku cytrusów.
Kadarka, kadarka!
Titi Gál, współtwórca wspomnianej kadarki | fot. TPB
Ale nawet po takich cudach jest życie po Vinexpo. Wystarczy wrócić do domu i wyjąć z lodówki butelkę bez etykietki, bezcenną, choć wartą pewnie kilka euro. Schłodzona kadarka, szczep pogardzony, coś między różem a czerwienią, nie bez cukru resztkowego, pyszna. Prezent od winemakera u Tibora Gála. Zimą degustowaliśmy u Gála z Ewą i Andrzejem szeroką, bardzo porządną gamę win i na koniec ową prywatną kadarkę, nie sprzedawaną, robioną na potrzeby własne. Byliśmy zgodni, to była najlepsza butelka degustacji. I świetna butelka, by po La Cabotte pokochać na nowo rzeczywistość.
Zdaniem brytyjskiej firmy Chef and Brewer odmianą winogron, z poprawną wymową której największe problemy mają
klienci brytyjskich restauracji, jest sémillon. Widocznie nikt nawet nie próbuje zamawiać cserszegi füszeres. Jest też oczywiście możliwe, że ta węgierska odmiana jest już powszechnie znana jako "unpronounceable" ("nie do wymówienia"), które to słowo każdy Brytyjczyk wymawia z dziecinną łatwością.
(www.telegraph.co.uk)
Nasz Dziennik pisze o religijnych aspektach zielonogórskiego Winobrania, a przy okazji wspomina o odrodzeniu polskiego winiarstwa. (www.naszdziennik.pl)
Któż nie zna winiarni Selbach-Oster? Ten mozelski arcyklasyk dostarcza solidnej jakości Rieslingów już jedenastemu pokoleniu winomanów. Butelki... więcej
Już kilka razy pisałem tu o problemie, jakim jest absurdalnie duży ciężar wielu butelek wina. Z kontrowersji wyłączyłem tylko butelki przeznaczone na... więcej