|

Jesień w Margaux | fot. TPB
|
Marek Bieńczyk
Czasami mi się wydaje, że coś niecoś wiem o Bordeaux. A czasami nie. Zwłaszcza, gdy czytam notatki Jeana-Marka Quarina z ostatniego winobrania.
„29 września. W poniedziałek miałem nadzwyczajny ranek: w ciągu 4 godzin kosztowałem merloty zbierane w Château Rauzan-Ségla i Château Palmer, a następnie z parceli L’Église w Château Margaux i wreszcie w Ausone. Gdzie najlepsze? W Palmer! Merloty z Ausone [premier grand cru classé A w Saint-Émilion – przyp. MB], podobnie jak inne z płaskowyżu wapiennego, są surowsze niż te z gleb żwirowych w Medoku. Gleby żwirowe, cieplejsze, wychodzą w tym roku lepiej. Nie myśłałem, że przy takiej pogodzie do tego dojdzie”. „30 września. Zbiory w Château Ausone zaczęły się na początku tygodnia. Młody cabernet franc posadzony na wzgórzu, 12 tysięcy krzewów na hektar, nie jest jeszcze dojrzały. Byłem natomiast absolutnie zaskoczony, że najbardziej smakowało młode cabernet sauvignon z parceli zwanej Bas Marin (11 arów) posadzonej w 2006; finezja soku dorównuje najlepszemu cabernet sauvignon z Lewego Brzegu! Rosnącemu obok cabernet franc daleko do tego smaku. Ale wrócę 5 października”. „5 października. Różnica się zmniejszyła. Cabernet franc jest teraz gotowy do zbiorów […] pestki są chrupkie, aromaty piękne, grona słodsze niż cabernet sauvignon. Czy ta słodycz przekształci się w gęstą fakturę wina? Tak sądzę”. „6 października: Wczoraj w Clos l’Église zbierano cabernet franc. Jego smak okazał się całkiem różny niż w Ausone, bardziej wędzony, ze względu na kamienistszą glebę. Ale najbardziej poruszyła mnie degustacja soku z merlota z płaskowyżu w Ausone. Zapach trufli, grzybów i mchu, ten sam zapach, którym znajdujemy w kamieniołomie przy Ausone; czegoś takiego w tutejszych gronach jeszcze nie znałem. Sok w ustach ma nadzwyczajny dotyk. Wszyscy obserwatorzy zauważają w tym roku przykładną więź między smakiem gron a przyszłym smakiem wina. Tego samego dnia kosztowałem grona z młodych krzewów w Clos l’Église i w Barde-Haut. Dostrzegłem rzadką nutę zimnej herbaty, której nie spotykam przy starych krzewach. Tak, po samym soku można odróżnić młode krzewy od starych, wielkie siedliska od siedlisk prostszych”.
Wiemy już: rocznik 2009 ma być fenomenalny, wspaniały, genialny, itp., itd., równy 1927 i 1961, lepszy niż sam 2005 (choć z wyższym alkoholem – nawet w spokojnym Haut-Brion potencjalny alkohol dochodzi do 15%!), lecz nie dlatego o ostatnich zbiorach wspominam; zresztą już tyle się napisałem superlatywów o 2005, że nie chce mi się odgrzewać przymiotników. Cytuję Quarina, gdyż uświadamiam sobie, że Quarin, będąc na miejscu i mając takie doświadczenia, jak te powyższe, musi degustować wina bordoskie zupełnie inaczej, niż my. Co my, kurczę, wiemy o Bordeaux (o Douro, o Burgundii), skoro nie wiemy, że parcelka Bas Marin z młodym cabernet sauvignon w Château Ausone ma tak znakomity i niespodziewany smak? Albo że w roczniku 2009 pojawił się niespodziewanie w gronach zapach zimnej herbaty? Co znaczą nasze opinie i wrażenia, wypowiadane z tak daleka?
Poczytałem te codzienne sprawozdania (a cytuję tylko malutki wycinek) i poczułem się jak po zimnym prysznicu. I już miałem poświęcić te notatki krytyce naszej Magazynowej wiedzy o winach, gdy wpadłem akurat na kilka francuskich krytyk paru polskich książek wydanych ostatnio we Francji. Na pierwszy rzut oka wyglądały one od czapy, jak to się pięknie powiada. Słabe zrozumienie polskiego kontekstu, nieznajomość realiów, które polska krytyka dokładnie wyłuszczyła; pisanie o książce kompletnie poza dziejami polskiego piśmiennictwa. Lecz co się okazuje po wnikliwszej lekturze? Te zagraniczne, choć odległe od kontekstu krytyki, były chwilami o wiele ciekawsze od krytyk rodzimych.
Co skłania mnie do refleksji nad dwoma typami degustacji: kontekstową i pozakontekstową. Nie czarujmy się – trzeba długich lat degustacji na miejscu, by stać nas było na degustację kontekstową. Wyobrażam sobie, że degustacja Quarina wygląda w jakiejś części całkiem odmiennie; że szuka on w winie wielu rzeczy, których my nie szukamy. On wie, jak się zachowuje cabernet franc w Ausone, wie, jak się zachowuje przy takiej a nie innej pogodzie merlot z takiej a nie innej parceli w Château Palmer; porównuje zachowanie cabernet franc na płaskowyżu w roku 1998 z zachowaniem w 2005. Oczywiście pewne ogólne stwierdzenia w notce degustacyjnej będą podobne, lecz jego rozumienie wina z Bordeaux siłą rzeczy jest kompletnie inne od naszego. Nawet jeśli damy ostatecznie podobną ocenę i zgodzimy się co do podstawowych wrażeń, my czytać będziemy wino przez zupełnie inną, uniwersalistyczną komparatystykę. Może dzięki niej uda się powiedzieć coś oryginalnego, tak jak wspomnianym francuskim krytykom literackim, lecz iluś tam rzeczy nie mamy najmniejszej szansy dostrzec. I nie wiem, czy należy się tym bardzo martwić, czy nie. Może święty Mikołaj mi powie.
Tekst ukazał się w numerze 41 (5/2009) |