|

Winnice sangiovese w Scansano | fot. WB
|
Wojciech Bońkowski
W przeliczeniu na dolary na centymetr kwadratowy fasady jest to najdroższy region winiarski na świecie.
Piwnica zaprojektowana przez słynnego włoskiego architekta Renzo Piano wznosi się na środku pagórkowatej pustki, która atrakcyjna wydać się może tylko kozom. Betonowy blok o perfekcyjnych proporcjach wpuszczony jest we wzgórze i zwieńczony wieżycą. Na jej szczycie zamontowano trzy lusterka; promienie od nich odbite wpadają do piwnicy przez niewielki otwór i rozjaśniają naturalnym światłem niesamowitą salę beczkową, która przypomina amfiteatr. W ten sposób winiarnia oszczędza na żarówkach, a rozsiadłe na widowni beczki dodatkowo jonizowane są pozytywną energią.
Nie mniej znany architekt Mario Botta w środku podobnego pustkowia (ale z widokiem na Morze Tyrreńskie) wybudował ceglany cylinder z dyskiem słonecznym przypominający aztecką piramidę, otoczony wianuszkiem oliwnych drzew. Prekolumbijskie proporcje liczbowe oraz funkcjonalne wymogi hipernowoczesnej grawitacyjnej piwnicy winiarskiej łączą się w harmonijną całość.
Wskoczyć do pociągu
To tylko dwa z dziesiątków winiarsko-inwestycyjnych „projektów”, jakie w ostatniej dekadzie wyrosły w 100-kilometrowym pasie toskańskiego wybrzeża między Grosseto a Livorno. Ten boom inwestycyjny porównać można tylko do tego, co na przełomie tysiącleci wydarzyło się w Ribera del Duero. Nie było toskańskiego i północnowłoskiego winiarza, który nie kupiłby tu hektarów z nadzieją wskoczenia do coraz szybciej pędzącego pociągu. Ubożsi musieli zadowolić się hektarami w apelacji Morellino di Scansano bądź jeszcze mniej znanych Montescudaio czy Monteregio, natomiast pierwsza liga skupiła się w jednym miejscu: Bolgheri, winiarskim odpowiedniku kurortów takich jak Marbella czy Saint-Tropez. Tu można, używając angielskiego wyrażenia (angielski to tutejszy nieoficjalny język urzędowy), „poocierać się ramionami” z takimi posiadłościami jak Sassicaia czy Ornellaia. Pieniądze wyłożyli więc giganci włoskiego rynku: Frescobaldi, Antinori, Gaja, niemieccy i skandynawscy przemysłowcy, amerykańskie fundusze, a nawet – po raz pierwszy we Włoszech – bordoskie châteaux.
Drugie wino dobrej posiadłości w Bolgheri kosztuje dziś na półce sklepowej 25–30 euro. Ceny pierwszych etykiet sięgają od 40 do nieskończoności. Zważywszy, że krzewy są młode, klimat bezproblemowy, gęstość nasadzenia położonych na płaskim terenie winnic (a zatem i wydajność) wysoka, a uprawiane tu odmiany francuskie zapewniają abonament na wysokie oceny u Parkera – trudno się dziwić, że apelacja stała się samonapędzającą się fabryką gotówki, a jej dolarowy blask zaczął opromieniać raczkujące dotąd satelity.
Trzeba przyznać, że ta rewolucja przyniosła wymierne efekty. W całej Maremmie posadzono nowe winnice (dominujące tu wcześniej gaje oliwne pozostawiono; dają obecnie jedną z najlepszych oliw w całych Włoszech) wedle wysokich standardów jakościowych: duża gęstość rozsady, wyselekcjonowane klony, krótkie cięcie, duża dbałość o stan higieniczny winnic. Ruszył ogromny plac budowy. Takiej ilości kosmicznych piwnic z najbardziej zaawansowanymi technologiami nie widziałem nigdzie we Włoszech. Piwnica „grawitacyjna” (w której kolejne etapy winifikacji odbywają się na coraz niższych piętrach, dzięki czemu nie stosuje się w ogóle pomp) to już absolutny standard, podobnie jak podwójny stół sortowniczy, kadzie do mikrowinifikacji, pompy perystaltyczne, otwarte kadzie drewniane z najdroższego dębu Allier (fermentują w nich niemal wszystkie wina z górnej półki).
Winorośl jak kręgi na wodzie
|

Sala beczkowa autorstwa Renzo Piano | fot. Rocca di Frassinello
|
Tę historię zna każdy winoman. Piemontczyk Mario Incisa della Rocchetta wżenił się w wielką toskańską posiadłość San Guido nieopodal Livorno, należącą do rodziny della Gherardesca. Zainspirowany pismami ampelograficznymi swojego dziada, który już w XIX wieku wypróbował w Asti odmiany francuskie, marząc o stworzeniu w Italii wina światowej klasy, w 1944 r. posadził w Bolgheri cabernet sauvignon i cabernet franc. Kamienista gleba i łagodny morski klimat przypominały tu bordoskie Graves, a wino markiza – akwitańskie grands crus classés. W 1968 r. Incisa della Rocchetta zdecydował się wypuścić pierwszy rocznik na rynek. W latach siedemdziesiątych Sassicaia była już najsławniejszym i najdroższym winem włoskim. Jej sukces ośmielił innych: na południe od San Guido wyrosła posiadłość Ornellaia Lodovico Antinoriego (dziś w rękach Frescobaldich), Ca’ Marcanda Gai, Guado al Tasso Piero Antinoriego, Grattamacco, Le Macchiole.
Bolgheri to obecnie 1 tys. ha winnic z zachodnią wystawą, z widokiem na morze, na wysokości 100–300 m n.pm. Ta różnica wysokości sprawia, że styl win nie wszędzie jest podobny, lecz poziom jakości jest w miarę wyrównany i apelacja w ostatnich latach potwierdza swoją pozycję lidera Nowej Italii. Tysiąc hektarów to jednak za mało jak na spore apetyty tak licznych inwestorów. Ekspansja skierowała się najpierw na południe, na bezpośrednie zaplecze Bolgheri – Val di Cornia, zwłaszcza w okolice miasta Suvereto, o podobnej topografii i glebach kamienistych. Nieco niżej położone winnice i gorętszy klimat dają tu wina potężniej zbudowane; cabernet sauvignon oddało prymat merlotowi. Lecz maremmańska gorączka zataczała coraz szersze kręgi. Na samym wybrzeżu miejsca było coraz mniej (wyjątkiem jest leżąca na północ od Bolgheri strefa Terratico di Bibbona, gdzie już zainwestowali Antinori), toteż winnice przesuwały się coraz bardziej na wschód, w wyżej położone tereny na uboższych glebach: Montescudaio, Monteregio di Massa Marittima, Montecucco, aż doszły za Grosseto na etruskie wzgórza, gdzie już od kilkunastu lat produkowano niezłe sangiovese – w apelacji DOC Morellino di Scansano.W ostatniej dekadzie winnice rozwinęły się tu bardzo dynamicznie, lecz ta część wybrzeża – zwana Maremma Grossetana – produkuje wina znacznie mniej medialne, lżejsze, w dużej części nadal oparte na sangiovese lub co gorsza (dla międzynarodowego rynku) koloru białego. Zainteresowani mogą zapamiętać te młode winiarskie toponimy: Parrina, Sovana, Capalbio, Pitigliano, Costa dell’Argentario.
Grunt pod nogami
Sukces win z Bolgheri i jego pociotków z Maremmy był wypadkową kilku sprzyjających elementów. Jakość była wysoka, pomogło rodzące się w połowie lat osiemdziesiątych zainteresowanie winami włoskimi oraz rozwój rynków tradycyjnie dla Italii najistotniejszych – Niemiec, Szwajcarii, a zwłaszcza USA – lecz trzeba też powiedzieć, że od zarania były to wina najmniej włoskie z włoskich. Surowym, wręcz wyniosłym klasykom z Barolo, Chianti i Montalcino, wymagającym długiego starzenia i pewnego obeznania, supertoskany z wybrzeża („zalegalizowano” je dopiero w latach dziewięćdziesiątych, tworząc od zera nowe apelacje DOC) proponowały niską kwasowość, gładką fakturę, mocno owocowe smaki caberneta i merlota, nielimitowane użycie nowej baryłki (którą te szczepy trawią o wiele lepiej niż tradycyjne włoskie odmiany), a zatem rejestr stylistyczny, który Włochom dawał poczucie nobilitacji poprzez nawiązanie do francuskich wzorców, a konsumentom zagranicznym – jakże miłe uczucie stałego gruntu pod nogami. Mówiąc krótko – Bolgheri jako pierwsze w Italii rzuciło wyzwanie francuskiej hegemonii w konkurencji win prestiżowych i można powiedzieć, że pojedynek ten wygrało. Sassicaia i Ornellaia – a w mniejszym stopniu inne tutejsze wina – na stałe zadomowiło się na szczycie światowych rankingów, uzyskując oceny równe bordoskim premiers grands crus classés (i ceny równe deuxièmes).
Gdy się powiedziało A, trzeba przejść do B. Udana adaptacja klasycznego stylu bordoskiego koło Livorno przestała wystarczać, gdy samo Bordeaux na gwałt szukało sposobów, by się „unowocześnić” i uatrakcyjnić dla nowego konsumenta z Dubaju, Szanghaju i Moskwy. Gdy nastała moda na wina „kulturystyczne”, zawiesiste, alkoholowe, superbeczkowe, Maremma dzięki cieplejszemu i bardziej regularnemu klimatowi była w dobrej sytuacji. No i miała sporo nasadzeń merlota. Prędko pojawiły się zatem nowe hiperwina, dwu-, nieraz trzykrotnie droższe od dotychczasowych flagowych etykiet, które miast z Latourem i Haut-Brion chciały teraz konkurować smakowo z Pétrusem, Turleyem i Ermitą. Masseto Ornellai (100 proc. merlota, 300 euro), Messorio z Le Macchiole (100 proc. merlota starzone w 112-litrowych demi-barriques dla jeszcze bardziej beczkowego smaku; 300 euro), Redigaffi z Tua Rita (100 proc. merlota, 15%, 200 euro) to tylko najbardziej znane etykiety z tego kontrowersyjnego, by nie powiedzieć karykaturalnego nurtu. Czyste merloty prędko wprowadzili do oferty inni producenci; w istocie łatwiej byłoby wymienić tych, którzy nie zwiększyli jego udziału i pozostali przy dominacji caberneta (San Guido i Grattamacco).
Dziś ten dębowo-nalewkowy styl zaczyna się przejadać na całym świecie, ale Maremma wciąż przy merlocie się upiera (nie stawia natomiast na cabernet franc, którego wzrost w Bordeaux stał się wszak znakiem przezwyciężania merlotowego postmodernizmu; nieliczne wina w Bolgheri na nim oparte pokazują, że ma tu spory potencjał). A niekiedy wręcz podbija stawkę, importując inne medialne odmiany: syrah (jest go już sporo, ale nie da chyba win najwyższej klasy), teroldego, grenache (co interesujące, obecny na tych terenach od kilkuset lat pod nazwą alicante; jest jednak za lekki dla win spektakularnych) i next frontier, jakim tu będzie z pewnością petit verdot. Gdy wizytowałem młodą posiadłość Campo alla Sughera (11 ha w rękach niemieckiego przemysłowca, w bardzo dobrym miejscu obok Ca’ Marcanda), po niemiłosiernie oleistym flagowym Arnione dyrektorka marketingu z błyskiem w oku przyniosła butelkę bez etykiety. „To nasz nowy projekt super-premium” – powiedziała i wiadomo było, że będzie to jeszcze bardziej przejrzały i sosnowy petit verdot (z 30 proc. merlota). Styl win z niego uzyskiwanych jest tak ekstremalny, że chyba się nie rozpowszechnią – na szczęście. Lecz petit verdot zostanie tu na dobre i na złe: w najbliższych latach można się spodziewać coraz większej liczby fikuśnych kompozycji z udziałem cabernet sauvignon, merlota, syrah i petit verdot właśnie. Część win z Maremmy oddalać się będzie zatem od bordoskiego pierwowzoru. Lecz czy w stronę afirmacji własnej indywidualności?
Nadzieja w krwi Jowisza
|

XVIII-wieczne domostwo w winiarni Pakravan-Papi | fot. WB
|
Jest na to szansa. Najwybitniejsze bez dwóch zdań wino tych stron – Sassicaia – od lat cierpliwie tę indywidualność buduje. Ogólna architektura jest bordoska, lecz wypełniona malunkiem o barwach cieplejszych niż francuskie: kwiatowo-owocowe aromaty i elegancja (jakże często hasłowa w Bordeaux) w istocie nawiązują odlegle do wzorców włoskich. Sassicai nie da się w degustacji w ciemno pomylić z Château Margaux czy Stag’s Leap; najwyżej z trydenckim San Leonardo. Innym, niemal równie wybitnym winem, które od dwóch bez mała dekad zachwyca własnym stylem i niewymuszoną elegancją, jest Grattamacco – lecz tu do kompozycji dochodzi 15 proc. sangiovese.
Co prowadzi nas do kluczowej kwestii. O sangiovese w Maremmie zawsze mówiło się, że „się nie udaje”. Na nadmorskich żwirach w San Guido dla tej delikatnej odmiany było istotnie za ciepło. Lecz antysangiovezyzm miał też swe uzasadnienie ideologiczne. Maremma miała być kosmopolityczna, a za sangiovese unosił się smrodek Chianti fiasco. Dziś pora na rewizję tego stereotypu. Oczywiście globalne ocieplenie sprawia, że w gorętszych siedliskach Suvereto czy dolnego Bolgheri flagowa toskańska odmiana nie ma wielkich szans na sukces i dawać może co najwyżej, jak przed dekadami, przyzwoite rosato. Lecz wszak 10 km od wybrzeża teren prędko wznosi się na 200–400 m n.p.m., a żwiry i gliny ustępują miejsca uboższej, gipsowej i wapiennej glebie. A to już są dla sangiovese dobre warunki. Dowodów daleko szukać nie trzeba – poza Grattamacco w samym Bolgheri mamy od lat bardzo dobre wino Cavaliere Michele Satty (100 proc. sangiovese). Lecz na większą niż dotąd uwagę wydają się zasługiwać także bardziej peryferyjne apelacje. Montescudaio i Montecucco, dotąd znane z win bardzo słabych, w ostatnich latach poczyniły wyraźne postępy; okazuje się, że wystarczą inwestycje i większa staranność w uprawie, by tutejsze wina zaczęły grać w tej samej lidze co morellino di scansano czy lżejsze chianti.
W nowych posiadłościach sangiovese niemal zawsze ma prawo obywatelstwa, bo sprzyja mu jedna z aktualnych obsesji – sadzenie winnic na różnych wysokościach, by niwelować skutki coraz częstszych gorących roczników. Wspomniana Petra – 100-hektarowy projekt rodziny Moretti, przemysłowców i właścicieli słynnej Bellavisty we Franciacorcie – opiera na nim swoje lżejsze wino Zingari oraz dodaje 1/3 do swej średniej półki – Ebo; to wpływowi sangiovese przypisuję ów mgliście etruski smak mineralno-kwasowo-żelazisty, który w tych winach przeziera pomimo ich ewidentnie nowoczesnej orientacji. Jeszcze dalej idzie Rocca di Frassinello, cytowany na wstępie joint-venture (85 ha) Rotszyldów od Moutona z rodziną Panerai z Chianti (należy do nich posiadłość Castellare di Castellina). Winnice leżą tu co prawda wyżej i dalej od morza, w nic nikomu nie mówiącej DOC Monteregio di Massa Marittima, ale sangiovese stanowi aż 50–60 proc. kupaży. To dopiero pierwsze roczniki, winnice mają ledwie 5–6 lat, lecz ten umiarkowanie beczkowy, ładnie elegancki, istotnie bardzo francusko-włoski styl tych win (a także ich niskie jak na Maremmę ceny) już może się podobać. Im dalej na południe w stronę Scansano, tym rzecz jasna więcej sangiovese i więcej sukcesów, jak rosnące z roku na rok w siłę Colle Massari, czyli posiadłość-matka wspomnianego Grattamacco (z nowym winem Lombrone na bazie czystego sangiovese – za kilka lat będzie to jedna z istotniejszych etykiet całej Maremmy).
Prowincjonalna ulga
W ogóle po mętliku w głowie, jaki w Bolgheri pozostawiają wszystkie te mergers i buying-outs, te porsche i okulary słoneczne Prady, południowa Maremma jawi się jako okolica nieuleczalnie prowincjonalna i wspaniale odświeżająca. Zjeżdżając z szosy Grosseto–Siena w stronę posiadłości w Scansano i Montecucco przejeżdża się przez senne włoskie miasteczka, gdzie dzieci grają przed kościołem w piłkę, a mężczyźni popijają grappę na tarasie jedynego baru. Morza stąd właściwie nie widać, nad okolicą góruje masywna sylwetka Monte Amiata (jesteśmy w istocie niedaleko Montalcino); wokół gaje oliwne i lasy, w których poluje się na dziki. To jest właśnie smak toskańskiego sangiovese – i win białych, dawniej stanowiących większość lichej produkcji Maremmy, a dziś na wpół zapomnianych, wyróżniających właśnie z dala od medialnego centrum, jak w Capalbio na południowym skraju Toskanii. Tradycyjnie wina te należały do szerokiej rodziny śródziemnomorskiej – powstawały z mieszanki miejscowych odmian z udziałem vermentino, ansoniki i procanico (lokalna nazwa trebbiano); były lekkie, żywe, ciut mineralne, raczej do jedzenia niż do degustacyjnych zachwytów (a niekiedy całkiem utlenione). Nowoczesne tendencje albo oczyszczają i dookreślają ten dawny styl, co daje całkiem znośne wina lokalne po 5–6 euro, albo nawiązują do stylu międzynarodowego. W tej roli pojawia się rzecz jasna chardonnay, a także sauvignon blanc (raczej bez szans na olśnienia) oraz viognier, którego pozycję można porównać do petit verdot. Ja o wiele więcej sympatii mam do ambitniejszych prób z lekko beczkowanymi vermentino, które mogą być winami o zaskakującej głębi i strukturze. Każda butelka wina białego wyprodukowanego w Maremmie to strata pieniędzy (czerwone są wszak średnio dwa razy droższe), ale w najbliższych latach rosnący apetyt na wina białe może to poświęcenie producentom osłodzić. Przy okazji może nieco się rozwinie produkcja bardzo tu obiecujących win różowych.
Jak mawia sportowe powiedzenie, w zwycięskiej drużynie nie dokonuje się zmian. Maremma kwitnie i trudno oczekiwać, by zdobyła się w najbliższym na surowszą autorefleksję. Trudno jednak nie zastanawiać się – szczególnie w obliczu „kryzysu” finansowego, który nie pozostanie dla wina obojętny – kiedy ów prawdziwie tygrysi rozwój winnic i inwestycji zostanie zahamowany. Żniwo pierwszych weryfikacji może być podwójnie gorzkie. Nie ma wątpliwości, że wina z serca pierwotnej Maremmy – Sassicaia, Ornellaia, Grattamacco – są butelkami światowej klasy, lecz wobec ogromnej liczby ich epigonów z coraz bardziej oddalonych kręgów wątpliwości jednak są. Przy obserwowanej dziś subtelnej zmianie konsumenckich preferencji te ultradębowe merloty po 40 euro po prostu będą musiały zniknąć z rynku. Lecz trudniejsze może okazać się przyznanie, że sen o potędze Maremmy oparty był na fałszywych przesłankach. Nawet najhojniejsze inwestycje nie zapewnia sukcesów, jeśli terroir nie jest najwyższej klasy. Niewykluczone, że poza jedną czy dwiema apelacjami Maremma będzie musiała powrócić na ziemię, czyli do produkcji lżejszych, tańszych win codziennych z większym udziałem sangiovese – i win białych.
| 5 najlepszych win z Bolgheri |
Bolgheri Sassicaia DOC 2005, Tenuta San Guido
Bolgheri Superiore DOC 2005, Grattamacco
Bolgheri Superiore L’Alberello 2005, Grattamacco
Toscana Cavaliere 2003, Michele Satta
Bolgheri DOC 2006, Le Macchiole |
| 5 świetnych niezbyt drogich win z Bolgheri |
Bolgheri DOC 2006, Grattamacco (18 euro)
Bolgheri Ruit Hora 2005, Caccia al Piano (18 euro)
Bolgheri Borgeri 2006, Giorgio Meletti Cavallari (14 euro)
Bolgheri Le Serre Nuove 2005, Tenuta dell’Ornellaia (25 euro)
Toscana Le Difese 2005, Tenuta San Guido (16 euro) |
| 3 świetne wina białe z Maremmy |
Bolgheri DOC 2006, Grattamacco
Montecucco Vermentino Irisse 2006, Colle Massari
Toscana Ansonaco 2007, Tenuta Altura (ansonica z wyspy Giglio) |
|
|

Castello Colle Massari, w tle Monte Amiata | fot. WB
|
Nowe twarze z Maremmy
Ampeleia
Bardzo ciekawy nowy projekt, którego jednym z dobrym duchów jest świetnie znana polskim Czytelnikom Elisabetta Foradori z Trydentu. 50 ha winnic leży na pradawnych etruskich ziemiach na południe od Grosseto na wysokościach sięgających od 150 aż do 600 m n.p.m., co daje wina o niespotykanej w Maremmie świeżości i strukturze garbników. Uprawiany jest bardzo charakterystyczny zestaw szczepów: obok sangiovese główną rolę pełni cabernet franc, a wspierają go grenache, carignan, cinsault, alicante i marselan. Produkowane od rocznika 2002 wino Ampeleia musi odleżeć się 2–3 lata, by ujawnić niebagatelną głębię; balsamicznym owocem i polnymi, ziołowymi nutami w bukiecie przypomina w istocie wina z doliny Rodanu. W swojej niewygórowanej cenie jest to z pewnością jedna z najciekawszych nowych propozycji w tej okolicy.
Od 2006 r. nowe, starzone tylko w stali wino Kepos; w pierwszym roczniku jest dość alkoholowe i na razie mnie nie przekonało.
Importer w Polsce: Salute, Vinoteka13
Castello Colle Massari
Należy do tych samych właścicieli, co omawiany już Grattamacco w Bolgheri – rodziny Tipa, której drugą pasją jest żaglowiec Alinghi, startujący z powodzeniem m.in. w America Cup. Także i tu zbudowano niedawno nową piwnicę (otrzymała ona nagrodę architektoniczną za najbardziej energooszczędny i ekologiczny projekt). 80 ha winnic w apelacji DOC Montecucco rodzi ciekawe wina białe z vermentino oraz serię czerwonych, w których prym wiedzie sangiovese. Rozszerzana jest górna półka – do Montecucco Riserva (poważna butelka do starzenia 5–6 lat) obecnie doszło czyste sangiovese Lombrone (w roczniku 2004 to mięsiste, dość tradycyjne w stylu wino przypomina niektóre brunello). Zwracam uwagę na dobrą oliwę z udziałem bardzo rzadkiej odmiany olivastra seggianese.
Petra
Ze wszystkich kosmicznych piwnic w Maremmie ta robi największe wrażenie swoim racjonalizmem i funkcjonalnością. Nie tylko piwnica – w winnicy przed nią wykoszono cztery rzędy winorośli, żeby właściciel, Vittorio Moretti, któremu znudziło się jechanie 3,5 godziny samochodem z Brescii, mógł sobie przed winiarnią wylądować awionetką…
Moretti jest właścicielem jednego z gigantów musującej Franciacorty – firmy Bellavista, a także dobrze prosperującej wytwórni prefabrykatów. Szukał miejsca na nową winnice. 95 ha ziemi na południe od Bolgheri wystawionych na aukcję przez syndyka masy upadłościowej spadło mu jak z nieba. Resztę zrobiły gleba galestro z marmurowymi kamieniami, architekt Mario Botta, enolog Pascal Châtonney i świetna agencja marketingowa – Petra to jedne z najlepiej prezentujących się butelek dzisiejszej Toskanii.
Wśród win – starzone tylko w stali Zingari (sangiovese i szczepy francuskie), mineralno-owocowe Ebo (50 proc. caberneta), zatrzymujący się na krawędzi przejrzałości merlot Quercegobbe oraz flagowe Petra (70 proc.), gładkie, pełne, zmysłowe, ale i z poczuciem miary i porządku – tak jak cały tutejszy styl, bardzo nowoczesny, ale unikający karykatury; sformatowany pod konsumenta upper middle class, ale przekonujący nienaganną jakością owocu. Docelowo ma tu powstawać 600 tys. butelek, a ceny wahają się od 8 do (jak na Maremmę – zaledwie) 50 euro.
Rocca di Frassinello
Frassinello to włosko-francuski concorde. Dziwne to połączenie: Rotszyldowie (ci od Moutona) z ich globalnym marketingiem i nowoczesną bordoską winifikacją, własnymi klonami caberneta, spinkami do krawatów – oraz rodzina Panerai z Chianti, z całkiem wszak ortodoksyjnej posiadłości Castellare di Castellina: duże beki botte, stare klony sangiovese, kwas i garbniki, a także bodaj najbardziej bezładna piwnica, jaką widziałem we Włoszech od wielu lat. W stylu trzech win – bezbeczkowego, sympatycznego, ale ciut drogiego (10 euro) Poggio alla Guardia, solidnej drugiej etykiety Le Sughere di Frassinello oraz półciężkiego, dość beczkowego, ale obiecującego (winnice mają na razie 4–5 lat) Rocca di Frassinello – dominuje na razie element francuski: pluszowa faktura merlota, tostowe nuty Allier, mięsiste echa caberneta, ciepło i miękkość, lecz są to z pewnością wina świeże, dalekie od przesady wielu nuworyszów z Maremmy. Również cenowej – Rocca kosztuje zaledwie 28 euro, bo winiarnia ma w zamierzeniu produkować dużo (ekspansję winnic ułatwiają niskie ceny gruntów, bo któż słyszał o apelacji DOC Monteregio di Massa Marittima?) i sprzedawać wszędzie.
Frassinello to ciekawy projekt. Od “teatru beczek” w piwnicy projektowanej przez Renzo Piano po perfekcyjną winifikację pod względem technicznym wszystko jest tu dopięte na ostatni guzik. Teraz trzeba dosypać trochę duszy – i nie wątpię, że się to uda.
Importer w Polsce: M&P Mirosław Pawlina
Gualdo del Re
Jak na warunki Maremmy jest to weteran – posiadłość Nico Rossiego w Suvereto działa od 1990 r. Płaskie położenie i gorący klimat rodzi tu jedne z najbardziej zmysłowych i skoncentrowanych win toskańskich. Od 1999 r. produkcję nadzoruje enolożka Barbara Tamburini, uczennica słynnego Vittorio Fiore, a prywatnie – pilotka myśliwców bojowych. Winifikacja jest bardzo nowoczesna – wśród innych smaczków wyłapałem próbki wysyłane po każdym dniu winobrania do laboratorium; otrzymane e-mailem wyniki pozwalają tuningować fermentację już od następnego ranka.
Powstają tu aż trzy wina białe (oraz niezłe różowe), a wśród szczepów spotkamy nawet clairette i pinot bianco, lecz osobowość pokazuje jedynie odmianowe vermentino. Nie ma wątpliwości, że terroir bardziej sprzyja winom czerwonym. Najprostszym, ale w swej szczerości najbardziej satysfakcjonującym jest Eliseo z sangiovese i canaiolo; ten pierwszy szczep występuje też w wersji jednoodmianowej, ładnie świeżej, soczystej, której jedynym problemem jest cena (21 euro). Wyższa półka Gualdo del Re to już propozycja dla wielbicieli superskoncentrowanych, cokolwiek nowoświatowych smaków. Senzansia to nowe pinot nero za, bagatela, 55 euro; l’Rennera to tęskniący za Masseto merlot, ale najbardziej udany z tej trójcy jest z pewnością cabernet sauvignon o nazwie Federico Primo, bardzo udany w roczniku 2005.
Campo alla Sughera
Modelowa inwestycja Nowej Fali w Maremmie. Magnaci budowlani – niemiecka rodzina Knauf – wyłożyła parę(naście) milionów euro na 11 ha winnic między Ornellaią a Ca’ Marcanda. W 2003 r. wybudowano nowoczesną piwnicę ze wszystkimi sztuczkami, od grawitacji aż po beczki dębowe od najlepszych francuskich dostawców. Gama jest prosta i węzłowata: lekkie białe Arioso starzone tylko w stali (sauvignon ze szczyptą viognier), ambitniejsze Achenio (sauvignon, chardonnay, vermentino i beczka, o dość przewidywalnym smaku), średnia półka w czerwieni Adéo (60 proc. caberneta, 40 proc. merlota, ale bez nowego dębu) oraz flagowe Arnione (z 10 proc. petit verdot zamiast caberneta). Wina są na razie dość proste, bardzo nowoczesne, o gęstej, gładkiej, mało wymagającej fakturze i szczodrym śródziemnomorskim owocu. Winnice są wciąż bardzo młode, trudno zatem prorokować, czy posiadłości uda się doszlusować do pierwszej ligi. Środków na inwestycje z pewnością nie zabraknie.
Pakravan-Papi
Rodzina włosko-ormiańska w 1998 r. przejęła 50 ha winnic i zrujnowane domostwo. To ostatnie jest pozostałością po heroicznych pracach podjętych przez księcia Toskanii Leopolda nad osuszaniem w XVIII wieku malarycznych bagien, które ongiś obejmowały całą Maremmę. Winiarnia jest na samym początku swej drogi, lecz już zwróciła uwagę krytyków swoimi autentycznymi, finezyjnymi winami ze znakomitym owocem: sangiovese Gabriccio, kupaż bordoski Cancellaia i czysty merlot Beccacciaia, jeden z najmniej presadzonych w Maremmie. Całkiem nieźle udaje się też chardonnay pod nazwą Serra de’ Cocci. Dobry typ dla wtajemniczonych.
Tekst ukazał się w numerze 36 (6/2008)
|