Alexis Lichine, francuski pisarz i kupiec winiarski, od roku 1951 aż do śmierci w roku 1989 właściciel Château Prieuré-Lichine w Margaux, odpowiadając na pytanie pewnej młodej osoby, jak nauczyć się wina.
Tango w dzielnicy Caminito, Buenos Aires | Fot. MK
Andrzej Daszkiewicz, Mariusz Kapczyński
Jedno z haseł promujących ten kraj brzmi: „Argentyna – turystyka na wszystkich wysokościach”. Rzeczywiście, można tu zacząć nad samym morzem i stopniowo osiągać szczyty, także winiarskie.
Hotele i spa
Właściwie każda część tego rozległego kraju ma coś ciekawego do zaoferowania. Północ jest dzika, bardzo jeszcze „indiańska” w duchu; do dziś przetrwały tu fragmenty zabudowań po pierwszych kolonizatorach. Ten klimat odczuwa się już na niemal wiejskim lotnisku w mieście Salta. Swój klimat maja też małe miasteczka i winnice ulokowane wokół Cafayate i Molino. Niezwykłe księżycowe krajobrazy i ciekawa baza turystyczna pozwalają połączyć przyjemność degustacji z turystyczną frajdą (np. trekkingiem). Wrażenia będą niezapomniane, bo dolina Cafayate co kilkanaście kilometrów zapiera dech nowym krajobrazem, różnobarwnymi skałami, kaktusami i niezwykłą, pustynna przestrzenią. Niektóre winiarnie, jak Colomé, prowadzą przytulne hoteliki utrzymane na bardzo dobrym, niemal luksusowym poziomie.
Producenci wina oferują nie tylko prosty wypoczynek; np. Michel Torino dysponuje hotelem i winiarskim spa (30 pokoi, elegancka restauracja, wine bar, basen i szeroki wachlarz usług odmładzająco-relaksujących), a goście – jeśli przybędą w sezonie – mogą obserwować proces produkcji wina i wziąć udział w zbiorach.
Z kolei winiarska Patagonia sama w sobie nie jest może najlepszym celem wędrówek, ale i tam enoturystyka rozwija się bardzo szybko, zwłaszcza w dolinie Neuquén, dzięki wygodnemu położeniu w pobliżu dużych jezior – miejsc uprawiania sportów wodnych: żeglarstwa i windsurfingu. Większość winiarni prowadzi restauracje (polecamy zwłaszcza tę w Bodega NQN), a luksusowe winne spa oferuje Valle Perdido.
W centrum winiarskiej Argentyny, czyli w Mendozie, jest już bardziej światowo i oferta enoturystyczna jest bardziej urozmaicona. Samo miasto rozwija się prężnie i nie narzeka na brak turystów – jeszcze kilka lat temu nie było tu czterogwiazdkowego hotelu, teraz jest ich kilka i budują się następne. Najlepsze tutejsze restauracje mają obszerne karty win, a sposób przechowywania i podawania butelek mógłby wielu europejskich restauratorów wpędzić w kompleksy – polecamy zwłaszcza restauracje La Sal i Azafrán.
Klasycznym przykładem nowoczesnego wykorzystania turystyki może być Bodega Salentein w dolinie Uco w Mendozie – jest tu galeria sztuki, winiarnia i restauracja. Nie potrzeba samochodu, by tu trafić, o czym przekonał nas widok grupy tryskających energią rowerowych enoturystów w kwiecie wieku. W winiarni Ruca Malén w Luján de Cuyo mogliśmy osobiście sprawdzić atrakcyjność menu degustacyjnego. Także obiadujący bezpośrednio po odwiedzinach w winiarni turyści wyglądali na zachwyconych. Z próbowanych tu win szczególnie podobała nam się twardość i grafitowy chłód Petit Verdot 2007.
Boskie Buenos
W samym Buenos Aires dominuje oczywiście tango i wołowina, ale i win jest pod dostatkiem. Strzeżmy się tylko miejsc typowo turystycznych: program muzyczny bywa w nich znakomity (jak w odwiedzonym przez nas El Viejo Almacén), jedzenie i wino już niekoniecznie. Nasze źródła (a konkretnie przepytywany na sąsiednich stronach Fabrizio Portelli) donoszą, że wino w stolicy najlepiej kupować w sklepie Ligier, najlepszym barem winnym jest Gran Bar Danzón, a w przypadku większego głodu w poszukiwaniu długiej karty win najlepiej udać się do restauracji Sucre. Pamiętajmy jednak, że udając się do słynnej i bezpiecznej raczej tylko w dzień dzielnicy Caminito nie powinniśmy ubierać się na czerwono. To chyba jedyne miejsce na świecie, w którym nawet reklamy Coca Coli są czarne – rządzą tu kibice klubu piłkarskiego Boca Juniors, a czerwień jest kolorem znienawidzonego River Plate.
fot. MK
Duch Gauchito
Podróżujący po Argentynie turysta może zauważyć często ustawione przy drogach „dzikie” kapliczki z czerwonymi szarfami i masą rozmaitych czerwonych amuletów. To wyraz osobliwego kultu Gauchito Gila. Jest to postać autentyczna – Antonio Mamerto Gil Núñes żył w rejonie dzisiejszego miasta Mercedes (prowincja Corrientes). Legenda głosi, że wcielony do wojska Gil uciekł, nie chcąc brać udziału w bratobójczych walkach. Schwytany, tuż przed śmiercią miał powiedzieć katu, że kiedy wróci do domu, zastanie tam swojego umierającego syna. Antonio obiecał, że kiedy stanie przed obliczem Boga, wstawi się o zdrowie dziecka. Egzekucję wykonano. Przepowiednia Antonio sprawdziła się. Od tego momentu kult Gauchito Gil rósł w siłę. Jego symbolem stały się przydrożne kapliczki i czerwona szarfa, mająca przypominać bandanę Gauchito zmoczoną we krwi.
Z okazji zbliżającego się Sylwestra i mijającego Roku Chemii American Chemical Society opublikowało w internecie film poświęcony chemii szampana. (wyborcza.pl)
…przynajmniej na rocznik 2008. Zgodnie z przepisami DOC Amarone della Valpolicella, wina z tej apelacji trafiają na rynek w czwartym roku po zbiorach. Jak... więcej
Co prawda nie dotyczy to wina, ale nie mogę nie odnotować obszernego tekstu mojego ulubionego australijskiego dziennikarza i blogera, Philipa White'a,... więcej
Pucharek wina? Białe, czerwone? Wina jakich krain zwykł pan pijać o tej porze?
Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata
Dzisiejsza duża publiczna... więcej
Przedwczoraj wicepremier Waldemar Pawlak dołożył wisienkę do niefortunnej wypowiedzi Radosława Sikorskiego, wypowiadając się w TVN 24, że będzie... więcej